AMM

John Tilbury i Eddie Prévost to instrumentaliści tworzący doskonale znaną słuchaczom muzyki improwizowanej grupę AMM, w której grywają również gitarzysta Keith Rowe i saksofonista Lou Gare. Koncert duetu (16 maja) był ozdobą lubelskiego festiwalu KODY.

Artystom od wejścia udało się wykreować nastrój, zaczarować publiczność muzyką drewna i metalu, skoncentrować naszą uwagę. Improwizacja rozpoczęła się pianissimo, delikatnie i subtelnie, i w swym przebiegu – z wyjątkiem kilku węzłów, gdy natężenie chwilowo rosło – pozostała na najniższym poziomie dynamiki przez okres całego, godzinnego setu. Muzyka ta, zwiewna i ulotna, pełna ciszy, lecz zarazem ruchliwa, uwodzi nie tylko brzmieniami, lecz także stonowaną teatralnością.

Tilbury korzysta z fortepianu preparowanego, ale nie epatował preparacją podczas gry. Raz przygotowanego instrumentu używał przez cały koncert. W pierwszej części grał głównie wewnątrz pudła, po czym usiadł do klawiatury i tu pojawiły się zrazu miło i znajomo brzmiące akordy “messiaenowskie”, minimalistycznie potem repryzowane.

Inaczej Prévost. U niego wszystko działo się na oczach słuchaczy. Prezentował wyjątkową wynalazczość, co było możliwe dzięki temu, że nie grał na gotowym zestawie perkusyjnym. Usiadł do „warsztatu”, przy którym w czasie koncertu powstawały nowe układy instrumentów i generowane z nich brzmienia. Muzyk pobudzał np. do drgań talerz leżący na wibrującej membranie bębna, a następnie pałeczką o miękkiej główce wciskał talerz w membranę. Często używał smyczka i pocierając krawędź gongu, uzyskiwał długo wybrzmiewające wibracje alikwotowe.

Muzycy wymieniali się rolami. Gdy pianista traktował fortepian perkusyjnie, perkusista realizował funkcje melodyczne. Pod sam koniec setu, trochę ze względu na powtarzalność środków, bardziej w wyniku zniecierpliwienia nieprzygotowanej grupy publiczności, moje skupienie prysło.

Przy okazji refleksja. Część sali zajęła publiczność przypadkowa, nieosłuchana z taką muzyką i nieumiejąca się na nią otworzyć. Stąd szepty, wiercenie się w fotelach, wychodzenie w trakcie, rozpraszanie innych. Muzyka o nieuchwytnej rytmice, zmiennych, okazjonalnych harmoniach i swobodnej tonalności wymaga treningu. Nie wszyscy od razu umieją jej słuchać. Ona dopomina się otwarcia uszu. Nie spotkałem natomiast świetnej publiczności znanej mi z lubelskich festiwali i koncertów jazzu progresywnego i free improv. Szkoda, bo to na pewno byłaby muzyka dla niej.

Dodaj komentarz

Filed under KODY, Lublin, muzyka współczesna

Co krępuje pisarzy?

Autobiografia literacka Marka Nowakowskiego to ciekawa lektura. Obejmuje okres 1955-65, o którym autor opowiada jakby bez dystansu, nie narzucając dzisiejszej perspektywy, rezygnując z obecnych ocen. Czytałem tę książkę – portret chłopaka z podwarszawskiej miejscowości, który został pisarzem – w bezpośrednim sąsiedztwie listów Gombrowicza i Giedroycia. Jakież to różne światy pisarskie!

Nowakowski żyje w kulturze dialogu. Życie w drodze, włóczęga, knajpy, koledzy-pisarze, znajomi z ulicy, zaplecze pisarskie w postaci legionu zwykłych ludzi, z którymi młody autor codziennie rozmawia, przeważnie o rzeczach powszednich, czasem o wyjątkowych. Otwarcie na człowieka, na żywy język.

Żywiołem Gombrowicza jest monolog, własny monolog. Witoldo nie lubi słuchać innych. Jest uparty. Jego korespondencja pokazuje, jak słabo rozumiał rzeczywistość komunistyczną i mimo że Giedroyć tłumaczył mu niuanse sytuacji w kraju, szedł w zaparte do końca.

A druga fundamentalna różnica wiąże się z kwestią wolności. Nowakowski zdaje się być człowiekiem wolnym, nic nie musi. Poprzestaje na małym, więc nie trzeba mu wiele. Stroni od tych, co go kuszą perspektywami, jeśli zgodzi się sprzedać swe pióro. Sam wybiera tematy. Opiera się na mentorze, którym jest Wilhelm Mach, ale w porę potrafi się wyzwolić. Powoli zdobywa znaczenie jako twórca. Lęka się tylko reakcji rodziców na to, że zawalił studia prawnicze, by pisać. Usiłuje ich przekonać, że to, co robi, jest wartościowe. Nowakowski cieszy się każdą pozytywną recenzją i nie odchorowuje niepowodzeń.

Gombrowicz szamocze się w klatce uzależnień. Jego życie i pracę twórczą regulują stypendia, o które musi molestować, skamlać, kołatać do osób i instytucji, zamęczać redaktora „Kultury” o poparcie i pośrednictwo. Nieustanny brak pieniędzy staje się głównym tematem korespondencji między nimi. Autor „Ferdydurke” uzależniony jest od prasy emigracyjnej, która, poza „Kulturą”, nie ceni go, a często oczernia. Czuje się także ograniczany przez swego wydawcę. Giedroyć bowiem stawia swoje warunki zarówno w przypadku druku dziennika w „Kulturze” jak i druku książek. Jednak jako największe ograniczenie odczuwa Gombrowicz trudność dotarcia do czytelnika w kraju. Zrobiłby wszystko, żeby to zmienić.

W obu książkach znalazłem wysoką ocenę twórczości Józefa Mackiewicza. Nowakowski poświęca mu kilka akapitów, omawiając swoje młodzieńcze fascynacje literackie. Gombrowicz w kilku listach tłumaczy Giedroyciowi swoją ideę, by amerykańskimi stypendiami honorowano wyłącznie najlepszych pisarzy emigracyjnych, nie zaś wszystkich, bo namnożyło się ich niewyobrażalnie. Wreszcie wymienia czołową trójkę, do której zalicza Czesława Miłosza, Józefa Mackiewicza i siebie. Wysokie notowania Mackiewicza zaskakują, był to wszak pisarz zupełnie odmienny, z innej rzeczywistości literackiej niż Gombro.

Marek Nowakowski, Pióro. Autobiografia literacka, Warszawa 2012.
Jerzy Giedroyć, Witold Gombrowicz. Listy 1950-1969, Warszawa 1993.

Dodaj komentarz

Filed under literatura polska, Marek Nowakowski, Witold Gombrowicz

Czas hieny

Nie jest to jedynie zbiór miniatur prozatorskich, jak utrzymuje wydawca, lecz spójna całość, niemal powieść, duża forma epizodyczna powiązana osobami bohaterów, jednością tematu, wspólnym miejscem akcji i ciągłością zdarzeń. W usta jednej z postaci Adam Kulik wkłada taką oto, skierowaną do nas, podpowiedź: „Tylko niech pan pisze tak jak Chopin komponował: prosto, jakby od niechcenia, ale zarazem finezyjnie, zwiewnie, muskając papier piórem tak jak on palcami klawiaturę. On też dużo brał z ludu… Niech pan pisze nokturny, etiudy, impresje – takie byle co, ale żeby miało niebiańską formę”. I tak właśnie pisze.

Czym jest ta książka? Literackim przewodnikiem po Lubelszczyźnie, jej historii i współczesności? Ciepłym, ale czasem jeżącym włos na głowie obrazem dzisiejszej wsi? Kolekcją legend tworzonych przez autora budującego swoistą mitologię wschodniej Polski? Bezkompromisową publicystyką polityczną, opartą na tym, co naprawdę myślą i mówią prości ludzie, mając dość zakłamania i nieudolności w elitach władzy? Lekcją historii regionalnej, która niejednemu może rozjaśnić w głowie? Dowcipnym, ironicznym listem z nadburzańskiego pogranicza, pogranicza miasta i wsi, historii i współczesności, czasów komunizmu i postkomunizmu? Przyczynkiem do autobiografii autora? Współczesnym romansem na ruinach dawnej Rzeczypospolitej? Reportażem? Reportażem może najmniej, bo te pisuje się ostatnio przez szybę samochodu. Ale na pewno summą poglądów, filozofii życiowej, marzeń i pragnień autora. „Czas hieny” jest wszystkim tym naraz i nie tylko tym.

Książkę dominują dwa wątki: jeden związany z anegdotycznie potraktowaną społecznością wsi, drugi przędzie autor wokół kręgu inteligencji zgromadzonej na plenerze malarskim. Świat wsi ukazuje w mrowisku anegdot, zbieranych zapewne przez lata, historii zwykłych niby, a nieprawdopodobnych, kreśląc barwne portrety ludzkie i dosadne sytuacje. Kozia Wola, Wożuczyn, Siemnice, Czartowczyk – miejscowości z powiatu tomaszowskiego, Królewski Dwór w powiecie parczewskim, nadbużańskie wsie powiatu hrubieszowskiego to teatr owych zdarzeń. Artyści zaś pracują i debatują w budynku szkoły, wypuszczając się na bliższe i dalsze wycieczki. Wieś zajmuje się życiem, inteligencja sztuką i dysputami. Kulik nie zderza tych dwóch grup może w przekonaniu, że manewr Wyspiańskiego, tyle już razy naśladowany w literaturze i filmie, jest dziś zużyty. Ale istnieje coś, co łączy oba światy – historia, wspólna historia egzystencji Polaków między Niemcami i Rosją. Jej ślady odkrywa ziemia, oddając nagromadzone przez wieki skarby. I są także ślady historii włościańskiej, historii z chłopskiej perspektywy, ba, historia ta żyje na wsi w tradycji ustnej.

Inteligencki bohater tej książki chodzi śladami przeszłości, odkrywa je i próbuje nimi zainteresować innych. Historię Polski zawsze widzi w kontekście geopolitycznym, otwarcie, bez niedomówień oceniając relacje polsko-rosyjskie, polsko-niemieckie, stosunki z Żydami i Ukraińcami. Nie zapomina o kontekście europejskim. „Staram się zrozumieć barbarzyńską Europę” – mówi. Jest arystokratą ducha. Swoje życie traktuje jak dar. Uważa, że człowiek nie jest panem niczego na ziemi, jedyne, co może uczynić, to pomóc innym. Powtarza, że chce żyć w zgodzie ze swoją kulturą i tradycją, zdecydowanie odrzuca działania, które próbują mu to uniemożliwić. W ocenie współczesności ujawnia myślenie republikańskie.

Adam Kulik nie czerpie motywów z gazety, sięga do głębi, wykazując zupełny brak zainteresowania fasadowością modnych tematów i schematyzmem ujęć. Żywiołem jego książki jest dialog, rozmowa i „obserwacja uczestnicząca”, żywy kontakt z człowiekiem. W opowieściach z życia wsi autor oddaje głos miejscowemu obserwatorowi-gawędziarzowi, uczestnikowi lokalnej wspólnoty. Stąd charakterystyczny styl relacji ustnych oraz język: kaleki, poszarpany, prawdziwy. Ale mimo to słuchamy go chętnie, czasem z rozbawieniem, innym razem z przerażeniem. Ten język ma coś do przekazania, choć w niewygładzonej, surowej, dalekiej od poprawności formie.

Czytelnika ujmie z pewnością specyficzny rodzaj humoru, ujawniającego się zarówno w języku i przedstawianych sytuacjach, jak też w ironicznym dystansie do rzeczywistości. Nie mogę się powstrzymać przed przepisaniem fragmentu:
„Wszystko na Kulijanka.
Łamała Dyrdzioszka buraczynie u Stacha.
– Niech mi Chodaczka nie łamie buraczynia – mówi jej na drodze Stach.
– To nie ja, to Kulijanek.
Raz i drugi wyłamane, myśli Stacho, złapię ja tego Kulijanka Pęcherzyka. Żniwa, ciepło, położył się pod miedzą. Już miał się zdrzemnąć, patrzy – leci truchtem Dyrdzioszka! Rozłożyła chustę przy jego głowie, nałamała i zakłada chustę na plecy. Zawiązała pod szyją i podnosi się. On trzyma. Jeszcze raz, i jeszcze. I tak z pięć razy.
– Boże, tożem nałamała tyle, co zawsze, a nie mogę się podnieść.
– I tak Kulijanek łamie moje buraczynie? – mówi Stach. – Jak się Chodaczka nie wstydzi! Co niedziela kuśtyka do kościoła i modli się, a tu kradnie.
– Ja Boga obrażę, a potem go przeproszę.
– A ja sobie nie życzę, żebyście Boga na moim polu obrażali”.

Bywa jednak, że dialog się rwie. To wówczas, gdy głos zabiera narrator autorski, aby wygłosić namiętną, gniewną orację, w której obrywa się egocentrycznym politykom, chciwym księżom, zaborczym sąsiadom, barbarzyńskiej Europie. Narrator ten potrafi być irytujący, boksuje w próżnię, wie wszystko i rzadko miewa wątpliwości. Brakuje mi wówczas przeciwnika, owej drugiej strony, o której tyle się mówi, ale jej głosu nie słychać. Można to wziąć za sygnał: oni są tam, na górze, na wieś nie zaglądają, mając prostych ludzi w pogardzie, albo też tak: nie warto ich słuchać, nie mają nic do powiedzenia, mówią za nich ich czyny i zaniechania. O elitach III RP autor nie ma zbyt wysokiego mniemania. Jednak poglądy odmienne niż rezonerzy Kulika mają nie tylko elity, lecz także pewna część społeczeństwa, która mogłaby prawdopodobnie przedstawić jakieś racje. Obraz otrzymany przez czytelnika byłby wówczas pełniejszy.

Tłem i zarazem prowokacją do wszelkich rozmów i dyskusji o sprawach fundamentalnych stają się ruiny odwiedzane przez bohaterów książki podczas licznych wycieczek: opuszczone wsie, pustawe miasteczka, pozostałości zamków i pałaców, rozkradzione kaplice i cmentarze, nieczynne cerkiewki. Obcowanie z ruinami historii wyzwala refleksje na temat współczesności, bo i ona obfituje w ruiny: pozamykane cukrownie, zdemolowana świadomość historyczna i narodowa, zdewastowany język.

Ruiny stają się także tłem romansu. Miłość dwojga bohaterów książki, okazjonalna i pozbawiona nadziei na przyszłość, nie odegra jednak ocalającej roli. Czy w czasach hien i szakali pozostało coś, co może mieć taką siłę? Wątpliwe, by stała się nią wiara, której autor nie przyznaje większego znaczenia. Nadzieję może jedynie budzić miłość inna, miłość do ziemi, którą przesycona jest ta książka. Na niej buduje pisarz mitologię pogranicza, swojej rodzinnej krainy, to nią przepojone są obrazy przyrody, z niej wyrastają kreacje postaci Piśmiennego – dziennikarza-regionalisty i Tonia – reżysera filmów dokumentalnych.
„Czas hieny” to książka o ruinach, to wielkie pytanie o to, gdzie żyjemy i co zrobiliśmy z naszym czasem.

Adam Wiesław Kulik, Czas hieny, Wydawnictwo ARCANA, Kraków 2011.

Dodaj komentarz

Filed under Adam Kulik, ARCANA, literatura polska

Pękam ze śmiechu

Nie tylko w prasie codziennej (od dziennikarzy niczego już nie wymagam), lecz także w prasie literackiej do szału mnie doprowadza przymiotnik „lubliński”. Szczecin – szczeciński, Lublin – lubliński. Tak się niektórym błędnie wydaje. Tymczasem jednak „lubelski”, tak jak lubelskie a nie „lublińskie” jest województwo, utworzone już jakiś czas temu, bo w XV wieku. Wcześniej istniała ziemia lubelska (nie „lublińska”), należąca do województwa sandomierskiego. Lista kasztelanów lubelskich zaczyna się od pierwszej połowy XIII w. Dość dawno, prawda? Był czas się przyzwyczaić.

Jeden był tylko w historii wyjątek – Lublinskaja gubernia, utworzona w 1837 roku przez moskiewskiego okupanta w miejsce województwa. Czyżby kompetencja językowa zaborcy mogła się dzisiaj stać dla kogoś wzorem?

I proszę się tego nauczyć. Jeśli w szkole nie wymagali znajomości nazw województw, tych współczesnych i tych historycznych, to trudno. Ale to nie powód, by w zarozumiałej ignorancji rzucać się zaraz w językową wynalazczość.

Proszę sobie zapamiętać: kiedy w Lublinie (ale także w Zamościu, Chełmie, w Puławach czy Parczewie) słyszymy o „lublińskim zamku”, „lublińskim koziołku”, „koncercie w lublińskim klubie”, śmiejemy się z ignorancji mówiącego. A ignorancja nie przynosi chwały, choć telewizja przekonuje, że owszem.

Tyle o niedouczonych wynalazcach, teraz pro domo sua. Co można powiedzieć o randze miasta, od którego nazwy nie umieją w Polsce utworzyć przymiotnika? I kto jest temu winien?

Dodaj komentarz

Filed under Lublin

Nowatorstwo i poczucie humoru

Wczorajsze spotkanie z cage’owskim numerem „Akcentu” w studiu Radia Lublin sprowokowało mnie do skrobnięcia niewielkiego pendant.

Ciekawy jest obraz początków recepcji Cage’a w polskim środowisku muzyki współczesnej. Utwory amerykańskiego kompozytora wykonywano niemal od początku istnienia Warszawskiej Jesieni. W 1958 David Tudor, nadworny pianista Cage’a, wykonał „Music of Changes”, w 1960 prezentowano utwór na taśmę „Fontana Mix”, w 1961 niezapomniana Cathy Berberian zaśpiewała w utworze „Fontana Mix with Aria”, a w 1964 pojawił się w programie „Koncert na fortepian i orkiestrę” z 1958 roku. Usłyszawszy w radiu ten właśnie utwór, Witold Lutosławski zmienił koncepcję komponowania, co odbiło się w jego aleatorycznych „Grach weneckich”.

Co takiego było w „Koncercie fortepianowym” Cage’a? Otóż muzyka ta wywracała do góry nogami dotychczasowy sposób tworzenia i zapisu partytury, przeciwstawiając się nie tylko tradycji muzycznej, lecz także żywej wciąż w latach 60., ba, królującej awangardzie spod znaku serializmu. Podczas gdy kierunek ten preferował bardzo ścisłe procedury, oparte na formułach matematycznych, Cage zaproponował jedynie ramowe określenie materiału muzycznego, nie determinując formy. Narzucał tylko niektóre parametry, inne pozostawiając swobodzie wykonawcy. Wykonania stawały się nieprzewidywalne i niepodobne do siebie.

Odbiór takiej estetyki muzycznej w Polsce bywał różny. W roku 1960 Lutosławski uznał Cage’a za jednego z tych twórców, którzy zbliżają muzykę do „braku wszelkiej muzyki”. Zapisał w swym dzienniku, że Cage „doskrobał się do dna” i zauważył, że sam się tam nie spieszy. Lutosławski zmieniał zdanie o Cage’u. W 1961 interesował się jego preparacjami fortepianu, by w 1963 wypowiedzieć się z kolei przeciwko preparacjom. W 1966, w liście do Cage’a, dołączonym do partytury „Gier weneckich”, przyznał, że „Koncert fortepianowy” wywarł na niego wpływ.

Ambiwalentny był stosunek do Cage’a naszego wybitnego innowatora Bogusława Schaeffera, który doceniając nowatorstwo, kwestionował jednocześnie jego geniusz. „Jest zaledwie muzycznym prowokatorem” – zapisał w książce „Kompozytorzy XX wieku”, interesująco analizując jednak idee i utwory amerykańskiego twórcy. 4’33” zbył wszak jednym zdaniem. Ciekawe to, bo przecież jako konceptualista powinien był ów pomysł docenić.

Niechętny zbytniemu pionierstwu w muzyce Zygmunt Mycielski pisał, że poznanie utworów Cage’a nie otwiera przed nim nowych horyzontów i że jedyną chyba zaletą Amerykanina jest poczucie humoru.

W roku 1964, przy okazji wykonania koncertu, John Cage przyjechał do Polski na Warszawską Jesień. Był też gościem redakcji „Ruchu Muzycznego”. Tam spotkał go Bohdan Pociej, 30-letni wówczas krytyk muzyczny, który nie tylko ze znacznie większym niż koledzy zrozumieniem odnosił się do dokonań autora 4’33”, ale w relacji z owego spotkania („Tyg. Powsz.” 44/1964) objawia niemałą fascynację nim jako człowiekiem („bardzo prosty i bezpośredni, pełen ogromnego, osobistego uroku. Jest w nim coś głęboko mądrego i coś pierwotnego zarazem”) i jako artystą („Cage jest marzycielem, wizjonerem, muzykiem i poetą w jednej osobie”; „Jego myśl, jego koncepcja życia i sztuki mają jakiś wschodni odcień czy podkład”). Zetknięcie z twórczością Cage’a każe Pociejowi zapisać znamienne zdanie: „Muzyka powinna się uwolnić spod tyranii formy”. Cóż… Pisze to krytyk, który wiele lat później stworzy wspaniałe książki o Bachu, Mahlerze, Lutosławskim, tworzone z takim samym entuzjazmem jak relacja ze spotkania z Cage’em.

W tym samym czasie, na początku lat 60., Jerzy Waldorff, po występie Davida Tudora na fortepianie preparowanym (grał utwór Wolffa – ucznia Cage’a), wyznał, iż miał chęć „spreparowania pianisty”.

Dodaj komentarz

Filed under "Akcent", John Cage, Lublin, muzyka współczesna

Oko w oko


Warszawa, sobota, 24 marca. Spotkanie siódemki autorów antologii „Zemsta jest kobietą” z czytelnikami poprzedziły swobodne rozmowy przy kieliszku wina. Zanim zebrała się publiczność, przez chwilę pogadaliśmy nawzajem o swojej prozie.


Wieczór poprowadziła Janina Koźbiel (stoi) z Wydawnictwa JanKa. Na lewo od niej Szymon Bogacz (liczne dowcipy; przyznał się, że pisze scenariusze i sztuki sceniczne), dalej Michał Urbaniak i Dorota Stachura (oboje wybrali do czytania fragmenty na ostro), Anna Dominiczak (pisze opowiadania fantastyczne), następnie Skromna Osoba oraz Aleksandra Żurek (wspomniała, że lubi redagować teksty). Poza kadrem znalazła się Marta Marchow (jej opowiadanie narodziło się z doświadczeń teatralnych).


Publiczność dopisała, zajmując każde wolne miejsce księgarni Serenissima na Zamku Ujazdowskim. Pytano, o czym piszemy i jakie książki mamy zamiar wydać. Wywiązała się też krótka dyskusja o kobietach a także o społecznym niedocenianiu opowiadań, tomów opowiadań i antologii.


Po spotkaniu z przyjemnością podpisaliśmy czytelnikom egzemplarze antologii.

Dodaj komentarz

Filed under Grzegorz Filip, literatura polska, Wydawnictwo JanKa, Zemsta jest kobietą

Zapiski spod szubienicy

Recenzja książki: Sławomir Mrożek, “Dziennik”, tom 2, 1970–1979

Dziennik Sławomira Mrożka z lat 1970-79 obejmuje okres przełomowy w jego twórczości. Autor „Tanga” ma już za sobą publikację kilku zbiorów opowiadań i kilkunastu sztuk (m.in. „Policjantów”, „Indyka”, „Śmierci porucznika”, „Vatzlava”), a na koncie niezwykłą popularność w kraju, międzynarodowy rozgłos „Tanga” (1964), przekłady na niemiecki, francuski i angielski, emigrację z Polski do Włoch (1963), protest przeciwko inwazji na Czechosłowację i prośbę o azyl polityczny we Francji. Przebył drogę od reportaży o „budowie socjalizmu” (1950-54), poprzez rysunek satyryczny, prozę groteskową, wykazującą absurdy komunizmu, do dramatu bliskiego teatrowi nonsensu Becketta, Ionesco, Dürrenmatta czy Geneta – i znalazł się na rozdrożach.

W latach 70., okresie pisania tej części dziennika, powstaną: „Rzeźnia”, „Emigranci”, „Garbus”, ale zanim to się stanie, Mrożek przeżywa kryzys, a dziennik staje się jego świadectwem, próbą diagnozy przyczyn i historią wciąż ponawianych usiłowań jego przezwyciężenia. Świadectwem zmagań z szatanem, światem i ciałem, dodajmy także: z umysłem. Jak na satyryka, poważny jest ten diariusz i smutny. Czterdziestokilkuletni pisarz nie śpi po nocach, pije, stawia sobie pytania „co dalej?” i nie potrafi na nie odpowiedzieć. I choć budzi się otumaniony, pisze dalej, notując wszystko, co przyjdzie do głowy, plącząc się i kapitulując, a przecież nie każdy płód bezsennych, pijanych nocy przedstawia jakąś wartość. Czytelnik zdany jest na siebie, na własną umiejętność selekcji myśli wartościowych, które odsiewać przyjdzie od banałów i kiksów. Mrożek pisze dziennik pełen pragnień bycia kimś innym i niezrealizowanych marzeń, szarpania się ze sobą i braku akceptacji samego siebie.

Czytelniczemu skupieniu nie służy też abstrakcyjność owych zapisków, oderwanych zarówno od miejsca powstania jak i od kontekstu twórczości Mrożka. Naprawdę niewiele można się z nich dowiedzieć o tym, jak i gdzie żył, co pisał, z kim się spotykał. Zawiniła przyjęta przez pisarza zasada, której trzyma się z uporem, że będzie się w dzienniku zajmował tylko sobą, nie światem. A jako bohater literacki nie jest Mrożek postacią frapującą. Mizantrop, megaloman (choć bywa też wobec siebie krytyczny), sybaryta, człowiek o słabym charakterze, który nie wie, czego chce. Z takiej konstelacji cech niełatwo stworzyć ciekawą postać literacką i Mrożkowi także się to nie udaje. W dzienniku życiowe dążenia i postanowienia, by nadać sens własnej egzystencji, walczą z wszechogarniającą rezygnacją i przegrywają.

Emigracja służy i nie służy pisarzowi, który w Paryżu ma zapewnioną łatwość kontaktów ze światem, ale z niej nie korzysta. Nie przepada za światem Zachodu, gdzie znajduje takiego samego chama jak ten, przed którym uciekał. Skarży się na niezadowalającą znajomość francuskiego, po kilkunastu latach na emigracji przyznaje się, że naprawdę rozumie tylko po polsku. Mieszka na Montmartrze, rzadko wychodzi z domu, więzi z emigrantami z Polski nie podtrzymuje. Pewnego dnia hałas zza okna prowokuje zapiski o francuskiej młodzieży, w której widzi pisarz chaos, jarmark, upadek obyczajów, stylu, języka. Trudno mu się pogodzić ze zmianą pokoleniową.

Czytelnik odnosi wrażenie, że liczne wyjazdy pisarza na stypendia i premiery sztuk w różnych krajach nie przysparzają mu nowych przyjaźni ani wrażeń. Trzy miesiące w Ameryce to trzy miesiące jęczenia, jak mu źle i liczenia dni do końca pobytu. Ten dziennik, jak żaden inny, pokazuje dosadnie jałowość pisarskich podróży. Mrożek jest znudzony, nie potrafi powiedzieć niczego ciekawego o swoich relacjach z ludźmi, ani też z owych relacji nie rodzi się w nim żadna istotna myśl. Jeśli próbuje coś wygenerować, to tylko z własnego wnętrza, ale z tym ma problem, bo przecież przeżywa kryzys. Podróż do Iranu odmienia na chwilę pisarza, który zaczyna funkcjonować w grupie, reagować na rodzące się w niej więzi, dzięki czemu robi się ciekawiej, ale i tu obezwładnią nas refleksje pełne mizantropii i prowincjonalizmu.

Ale najważniejszym problemem, który odbija się w dzienniku, pozostaje kryzys odczucia świata. W naznaczonej jedną doktryną Polsce pisarz próbował satyrą nadwątlać komunistyczny monolit, na Zachodzie doświadcza rozbicia rzeczywistości. Satyryk tu niepotrzebny, nie ma już czego kruszyć, tym bardziej że znany z autopsji komunizm cieszy się w sferach intelektualnych przychylnym zainteresowaniem.

Każda niemal karta owych zapisków opatrzona jest znakiem wodnym z portretem zmarłego w roku 1969 Gombrowicza. To on był patronem twórczości Mrożka i stał się patronem kryzysu tej twórczości („siła niewidzialna, która mnie gniecie”, „znienawidzony i fascynujący dyrektor szkoły”). Autor „Tanga” dialoguje z Gombrowiczem, w opozycji do niego próbuje budować własną filozofię, za każdym razem objawiając swą niższość. Uważa, że gdyby miał całościową koncepcję, tak jak Gombrowicz, byłby wielkim pisarzem. A tak, pozostaje „za wielki na Polskę, za mały na świat”. Dziennik staje się świadectwem twórcy, który bez powodzenia chciał przeskoczyć samego siebie. Niemożliwość osiągnięcia celów wykształca w nim obojętność, która z kolei tworzy złą atmosferę dla twórczości. Pozostaje alkohol.

Pomiędzy rozważaniami na poważnie i tymi, co miały zabrzmieć poważnie, a nie wyszły, odnajdziemy na tych ośmiuset stronach sporo dowcipu, autoironii czy groteski. „No i co, synku, będziemy znowu biadolić?” – zwraca się do samego siebie, po raz enty stając „pod szubienicą”, jak nazywa swe diarystyczne elukubracje. Albo, po zwyczajowej porcji narzekań, mówi o sobie: „I toto chce dojść do czegoś w życiu”. Bywa śmiesznie, to prawda, lecz jeśli ktoś spodziewa się po tej książce powtórki ze stylu skrzącej się dowcipem korespondencji z Lemem czy z Wojciechem Skalmowskim, srodze się zawiedzie. Zawiedzie go także, reklamowany w mediach, wątek erotyczny. Owszem, Mrożek wiele myśli o kobietach, ale szyfrem, a przy tym wykazuje bezradność w kontaktach z nimi i w pisaniu o nich.

Ważący półtora kilograma tom dziennika Sławomira Mrożka czyta się długo, co – jeśli nie mamy zwyczaju ślęczenia przy biurku – przyczynia się do podniesienia siły mięśni i z powodzeniem zastąpi wizytę w siłowni. Może też doprowadzić do zwichnięcia nadgarstków. Doprawdy trudno zgadnąć, dlaczego Wydawnictwo Literackie wystawia naszą cierpliwość i kondycję fizyczną na taką próbę. Książkę należało odchudzić, eliminując wielokrotne powtórzenia, rozwlekłe rozważania prowadzące na manowce, partie pisane szyfrem, który zrozumieć może tylko autor. Powstałby w ten sposób 200-250-stronicowy wybór najlepszych fragmentów. Otrzymalibyśmy wprawdzie Mrożka zafałszowanego, bo błyskotliwego, dowcipnego, autoironicznego, w miejsce marudnego melancholika, ale cóż… byłby to ten Mrożek, którego lubimy.

Dodaj komentarz

Filed under literatura polska, Sławomir Mrożek