Monthly Archives: Sierpień 2011

Zemsta jest kobietą

W antologii pod takim właśnie tytułem znajdzie się moje opowiadanie. A oto wszyscy autorzy i tytuły ich tekstów:

Szymon Bogacz – Kocham cię
Anna Dominiczak – Malarz
Grzegorz Filip – Dziennik Julii
Przemysław Gulda – Sto dni lata
Marcin Kowalczyk – Granica starości
Daniel Koziarski – Prywatny akt oskarżenia
Marta Marchow – Primadonna
Matylda Puchacz – Mgła
Sylwia Skorstad – Dzień, którego nie było
Dorota Stachura – Oczy wieprza
Michał Urbaniak – Przyjaciele
Aleksandra Żurek – Seweryn

Książka ukaże się w grudniu w Wydawnictwie JanKa.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Grzegorz Filip, literatura polska, Wydawnictwo JanKa, Zemsta jest kobietą

Krytyk jako ciocia

Powieść powinna stawiać opór. Zatrzymywać uwagę kształtem języka, swoistością pojawiających się w jej świecie idei, nieszablonowo wyrysowanym bohaterem, zdarzeniami, które nie pozostawią czytelnika obojętnym. Tym różni się od gazety, w której zawsze to samo. Ale co się dzieje, kiedy pisarz chce swym tekstem stawiać opór za wszelką cenę? Otóż wtedy najważniejszy staje się narrator-autor (bo najlepiej nadaje się tu narracja pierwszoosobowa), który popisując się bon motami, dowcipem, łatwością skojarzeń, erudycją, wynalazczością językową, ironią, krytycyzmem wobec tworzonego świata – spycha całą resztę na dalszy plan. Nic już nie jest ważniejsze ponad to, jaki on jest mądry i dowcipny, a wszystko dookoła służy tylko temu, by sobie poironizować. Narrator, który miał być częścią swego świata, zaczyna się nad nim unosić niczym dziewiętnastowieczny, wszystkowiedzący opowiadacz, którego – jak się wydawało – dawno przezwyciężono.
Znamy to skądś? Owszem, z imienin u cioci. To tam spotykamy takich mądrali. Ciocia jest w siódmym niebie, my raczej znużeni, wymawiając się pilną robotą, żegnamy się szybciej niż byśmy chcieli.
Ciekawe, że podobnie jak ciocia reagują niektórzy wpływowi krytycy: uwielbiają brylujących mądrali, którzy roztrącając na boki bohaterów powieści, popisują się, by całe zainteresowanie skupić na sobie.

Dodaj komentarz

Filed under krytyka literacka, literatura polska

Stachura u kosmetyczki

Do malowania rozłożyłem na podłodze stare gazety. Zawsze się wtedy coś odkrywa, no i jest. Dziennik Stachury w numerze sprzed roku. Jak to się stało, że go wtedy nie przeczytałem? Zapiski z początku lat 70., najpierw z Meksyku, potem już z Polski. Nic takiego ciekawego: raz o Bogu, raz o uwalnianiu motyla z pułapki, innym razem o pijaństwie czy przeżywaniu utraty notatek do Fabula rasa. I pośród tego taki zapis:

Co w W-wie 10 V 72
1) Oddać trochę długów.
2) Posprzątać Rębkowską Street.
3) Wykupić akwarele Stajudy z oprawy.
4) Skończyć przekład Al Quasima.
5) Do kosmetyczki.
6) Dzwonić do dentysty.
7) Odebrać 500 zł z Alei Róż”.

Już samo to planowanie w punktach nie pasuje mi do obrazu włóczęgi, który dziś tu, jutro tam. Ale Stachura u kosmetyczki? Szok! Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Jak bardzo książki wpływają na postrzeganie ich autora! Szczególnie takie książki, których bohater tak łatwo daje się utożsamić z własnym twórcą.

Dodaj komentarz

Filed under literatura polska, Stachura

Jeszcze Banville – ironia

Ta zawartość ironii, którą mieści Morze, jest do strawienia. Odpowiada naturalnej ilości ironii, jakiej potrzebuję, przyglądając się życiu, a prócz tego nie zaburza kreacji świata powieściowego naddatkiem obecności podmiotu. Nasza literatura jest przeładowana ironią, z czym pisarze polscy nie potrafią sobie poradzić i brną w nią coraz głębiej. Tymczasem nadmiar ironii niszczy kreację. Patrzenie na rzeczywistość wyłącznie za pomocą ironii, czynienie z niej najważniejszej bądź jedynej kategorii poznawczej prowadzi do aberracji. Świat powieściowy się rozpada.
– O to właśnie chodzi! – powie niejeden artysta. – Zadaniem sztuki jest przecież dążenie do aberracji i rozpadu.
Cóż, dla mnie nie. Jeśli nawet odbieramy otoczenie jako absurdalne, to jaki sens w tym, by kreować równie absurdalne światy literackie „na jego podobieństwo”?

Dodaj komentarz

Filed under Banville, literatura obca

Język Banville’a

Morze Johna Banville’a: proza gęsta, przesycona szczegółem, obserwacją, bogaty język, ale nie miałem wrażenia barokowości (Może to wina rozregulowanego zmysłu estetycznego po Balladynach Karpowicza). Świetnie zszyte płaszczyzny wspomnieniowa i współczesna, nawzajem się naświetlają. I bohater: wycofany, introwertyczny, samotny, zajmujący się własnymi uczuciami, projekcjami, wspomnieniami. Taki bardzo „mój” bohater.

W prozie Banville’a widać pracę nad wzbogaceniem języka, jednak on robi to odmiennie niż się to dzieje w literaturze polskiej ostatnich dekad, która ulubiła sobie zasysanie gwar młodzieżowych, języka knajackiego, dialektów medialnych i reklamowych. Irlandczyk nie zaśmieca swojego języka elementami, które mają brzmieć efektownie, tymczasem pozbawione są znaczenia, lecz wprowadza elementy brzmiące dziś egzotycznie, a jednak znaczące: wyrazy, które wyszły z użycia, rzadkie, stosowane lokalnie, nieoczywiste, o dość odległych znaczeniach niż to, które się wprost nasuwa. Ciekawe skądinąd, w jakim stopniu do powstania tego zjawiska przyczynia się praca tłumacza.

Dodaj komentarz

Filed under Banville, literatura obca