Monthly Archives: Wrzesień 2011

Przenikliwość Dygata

We Wschodach i zachodach księżyca Konwicki wspomina o swoim nieżyjącym przyjacielu Stanisławie Dygacie raz jako o sympatycznym fajtłapie, innym razem wymienia z przekąsem popularne motywy jego powieści: owe dworce w Monachum, Jeziora Bodeńskie i disneylandy. Być może to, co pisał Stanisław Dygat było literaturą popularną, ale jednak wysokiego lotu, niezłej klasy. Więc było, a nie jest.
Disneylandu nie da się porównać ze współczesną literaturą wagonową. Pisarz skonstruował powieść na zasadzie mnożenia zagadek i zrzucania kolejnych masek. Fajnie to zrobione, ale nie jest wyłącznie zabawą. Autor wyraźnie stawia problem moralny: jak żyć uczciwie w znieprawionym otoczeniu, w sytuacji, kiedy nikt od człowieka nie wymaga prawości.
I drugi zarysowany tam problem: postępowości obyczajowej, którą z ochotą przyjęto, a teraz wszyscy się w jej kleszczach męczą. Pamiętajmy, że to rok 1965, Dygat musiał być bardzo przenikliwym obserwatorem rzeczywistości.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Dygat, Konwicki, literatura polska

Kłopoty z kobietami

Grażynę, Irenę, Beatę, Izę, Ewę – bohaterki Studni, „wymyślałem” od początku, od zera, ale przed przystąpieniem do pisania tej powieści zarys ich postaci przygotowałem zaledwie szkicowo i kiedy w trakcie pracy był mi potrzebny jakiś szczegół wyglądu, charakterystyczny gest czy zachowanie – stawałem bezradny, mając problem, jak taki element ukształtować, żeby po „wmontowaniu” go w istniejącą już na kartach sylwetkę postaci, wszystko „leżało” jak trzeba. Bo każdy człowiek jest całością i jeśli się o tym nie pamięta, można stworzyć homunkulusa.

Dlatego, planując kolejną powieść (Pomiędzy), wpadłem na inny pomysł. Wezmę żywą osobę, której postać, ruchy, miny, głos, szczegóły wyglądu i zachowania można podpatrzyć, odnotuję co się tylko da i całą przeniosę do książki, nikomu się do tego nie przyznając. Wybór padł na aktorkę Robin Wright, niewysoką, szczupłą, delikatną, o urodzie kobiety bogatej duchowo, myślącej. Taka była mi potrzebna. Naściągałem zdjęć i filmików z wywiadami, obejrzałem filmy, w których grała postać współczesną, starając się odgadnąć cechy osobowości samej aktorki. I już. Miałem to, czego chciałem. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Bo gdy zacząłem pisanie, moja postać, Natalia, już od pierwszych stron jęła się wymykać z siatki ograniczeń, narzuconej przez wygląd i charakter swojego pierwowzoru. Skończywszy powieść, prócz ogólnego obrazu szczupłej kobiety o delikatnej budowie (ale raczej jednak wysokiej), nie widziałem w Natalii nic lub prawie nic z Robin Wright! Natalia poszła swoją ścieżką, dowodząc prymatu wyobraźni autora nad sztuczkami, a także potwierdzając znaną mi już wcześniej zasadę, że postaci literackie żyją i rozwijają się same.

Dodaj komentarz

Filed under Grzegorz Filip, sztuka pisania

Gorzkie nastroje

Wczoraj w Lublinie, w staromiejskiej kawiarence „Pożegnanie z Afryką”, wieczór poetycki Magdy Jankowskiej, promujący nowy tomik Skrzyżowanie. Miłe spotkanie, starannie przygotowane, wiersze gorzkie. Ich bohaterem, ukrywającym się za krzaczkami wersów, okazuje się czas, jak w wierszu Mama naszej koleżanki.

Niektóre z tych wierszy to epigramy, inne są zagadkami do rozszyfrowania. Skondensowane do tego stopnia, że czasem wszystko zawiera się już w tytule, a wiersz stanowi tylko dopowiedzenie. To poezja gnomiczna:

gdy nie ma jedwabników
kogo obchodzą morwy
.

Znajduję tu coś ze szkoły Szymborskiej, autoironię i mikronarrację, jak w utworze, o którym najwięcej się wczoraj rozmawiało:

***

po powrocie z wykładu filozoficznego
w cyklu – Jak żyć?

nie wiedziałam tego jeszcze bardziej
mojej córki nie było w domu

dom to nie są ściany
wiem z pewnej czytanki dla czwartoklasistów

spóźniła się godzinę
i kiedy przyszła byłam już stara

Kiedy przepisuję ten tekst, narzuca mi się nastrój z Ewy Lipskiej, którą kiedyś czytywałem i recytowałem na konkursach, ale tylko nastrój.
Znalazł się w tej książce wiersz poświęcony Mikołajowi Smoczyńskiemu, jest inny – dla Urszuli Jaros. Lublinianie wiedzą, o kim mowa.
Ten tomik to kantata, może elegia, na odejście i nie przekona mnie autorka, gdy zaręcza, że starała się go zrównoważyć wierszami pogodnymi. Nie rzucają się one w oczy. Dlatego zaraz po powrocie do domu przyszło mi do głowy, żeby włączyć dawno niesłuchaną Weinen, Klagen, Sorgen, Zagen.

Dodaj komentarz

Filed under literatura polska, Lublin, Magdalena Jankowska

Pułapki zaangażowania

Zbliża się Warszawska Jesień. „Będziemy chcieli przedstawić muzykę – mówią organizatorzy – która nie jest jedynie skupiona na sobie, lecz która otwiera się na otaczający świat, komentuje go, pragnie go zmieniać. Chodzi o rzeczywistość wokół nas i o postawy kompozytorów, którzy zabierają głos w sprawach społecznych, politycznych, dotyczących współczesnej cywilizacji i kultury”.

Muzyka zaangażowana w rzeczywistość. Cóż, z tym zaangażowaniem kompozytorzy mają czasem problemy (krytycy zresztą też). Nie tylko wtedy, gdy wikłają się w kompromitujące alianse, jak Hans Werner Henze, który popierał Castro. Miewam wrażenie, że artyści zbyt często angażują się niepotrzebnie w różne podejrzane projekty, co ma źródło nie w złych intencjach, lecz w kiepskiej orientacji politycznej.

Czytam np. o operze Johna Adamsa Nixon w Chinach. Alex Ross jakoś dziwnie pisze o niej w swej popularnej książce Reszta jest hałasem, jakby Adams, podjąwszy taki temat przecież w kilkanaście lat po fakcie, niezupełnie zrozumiał, po co Nixon zjawił się w 1972 w Państwie Środka. Więcej, Alex Ross również wydaje się tego nie pojmować.

Prezydent Nixon pochodził z Kalifornii, w swoim myśleniu politycznym brał pod uwagę Pacyfik i zaoceanicznego sąsiada Ameryki – Chiny. Dlatego niedługo po elekcji, w roku 1969, rozpoczął zabiegi dyplomatyczne w tamtym kierunku, by zainicjować zbliżenie. Doprowadziły one do wizyty w Chinach (1972), która umożliwiła administracji Nixona zakończenie zimnej wojny na Dalekim Wschodzie, zręczne wycofanie się z Wietnamu i odprężenie z Sowietami.

John Adams wziął sobie więc za temat wydarzenie przełomowe, wielkie osiągnięcie polityki amerykańskiej, fakt polityczny, który przyniósł obywatelom USA i reszcie świata same korzyści. Tymczasem w opisie Rossa opera Adamsa to jakieś dziwaczne kpiny, jakiś taniec masek. No cóż, trzeba by ten utwór zobaczyć na scenie. Muzyka Adamsa zostanie wprawdzie niedługo zaprezentowana w Krakowie na Sacrum Profanum, niestety będą to inne utwory.

Tytuł tego wpisu zapożyczyłem z książki Marii Hirszowicz, której lekturę skądinąd polecam.

Dodaj komentarz

Filed under muzyka współczesna

Pisanie-formowanie

Co trzeba mieć, przystępując do pisania prozy? Virginia Woolf mówi, że 500 funtów rocznego dochodu i pokój zamykany na klucz. Owszem, to ważne warunki, ale niewystarczające. I nie myślę tu tylko o laptopie z Internetem, bez którego nikt sobie dzisiaj pisania nie wyobraża.
Trzeba mieć materiał, z którego zbudujemy książkę, i formę, która to wszystko przyjmie. Na materiał złożą się: sylwetki bohaterów (dość dokładnie je warto przygotować od strony różnych cech, łącznie z wyglądem, co nie znaczy, że w trakcie rozwoju akcji nie damy się bohaterom rozwinąć, przeobrazić), następnie: wydarzenia, narrator (długo myślę nad tak wydawałoby się prostą rzeczą, jak czas narracji – teraźniejszy czy też przeszły, od czego bardzo wiele zależy, już choćby w trakcie pisania: np. lepiej lub gorzej brzmiące formy czasowników), dalej: odpowiednio dostosowane obserwacje szczegółów i podpatrzone anegdoty, opisy różnych elementów świata przedstawionego (miejsc, przedmiotów, zjawisk), wreszcie wiedza służąca do zbudowania kontekstów powieści. Do materiału nie zaliczam zbioru idei, które będzie przekazywać powieść, bo tego się nie powinno przygotowywać z góry. Idee ujawnią się same.

Z kolei formę widzę jako kompozycję zebranego materiału, ułożenie go w rozdziały i sceny, koncepcję języka postaci i języka narracji, projekt czasu i przestrzeni tekstu, nadających się do użycia środków stylistycznych (zakładam, że z czegoś będę korzystał, albo że czegoś nie będę stosował) itd.

Odpowiednią formę można zbudować wtedy, gdy ma się już materiał. Dopóki go nie mam, nie widzę całej formy. Może nawet jest tak, że widzę tyle formy, ile mam w danym momencie materiału. W powieści McEwana Przetrzymać tę miłość następuje w pewnej chwili rozdział opowiadający o tym, jak to bohater pojechał ze swoim znajomym do North Downs, żeby kupić pistolet. Pojawia się w tych sekwencjach cała galeria postaci, których wcześniej nie było i później też nie będzie, rzecz dzieje się w nowym miejscu. A więc zupełnie nowy materiał, który pisarz musiał przygotować tylko na potrzeby tego jednego rozdziału.

Oczywiście można wyjść od drugiego końca i najpierw zbudować formę, a potem wypełniać ją materiałem, ale wydaje mi się to zbyt sztuczne. Nigdy nie ceniłem literatury, która faworyzuje formę, opiera się na ekspresji językowej. Pisanie to formowanie materiału, a nie utykanie go w szparach najkunsztowniejszego nawet szkieletu. Tak mozna kształtować fragmenty powieści, ale nigdy całość. Z kolei tekst pozbawiony formy to dla mnie żadna proza.

Forma jest więc dla mnie kwestią wtórną w tym sensie, że nie od niej rozpoczynam myślenie nad nową książką. Jednak nie pomijam formy w tym początkowym myśleniu. Nawet jeśli na początku zebrany materiał coraz wyraziściej układa mi się w strukturę, potem, w trakcie tworzenia, materiał powiększa się i forma zaczyna brać udział w jego przyrastaniu (samemu także się rozwijając). Na koniec, już po napisaniu jakiejś części albo całości, poddaję ją zabiegom, które nazywam nasycaniem albo zagęszczaniem (szczegółów nie będę zdradzać, bo to już zbyt intymna część warsztatu), po czym forma zaczyna, a przynajmniej powinna zacząć, przylegać na tyle mocno, aby nie dać się już od materiału oddzielić. Czytelnik nie powinien dostrzegać żadnej dwoistości, ma dostać dzieło jednorodne i nad tym właśnie najwięcej się pracuje.

Ktoś, kto nie pisze, niewiele chyba z tego zrozumie. I na niewiele mu się to przyda.

Dodaj komentarz

Filed under Grzegorz Filip, literatura polska, sztuka pisania