Monthly Archives: Marzec 2012

Nowatorstwo i poczucie humoru

Wczorajsze spotkanie z cage’owskim numerem „Akcentu” w studiu Radia Lublin sprowokowało mnie do skrobnięcia niewielkiego pendant.

Ciekawy jest obraz początków recepcji Cage’a w polskim środowisku muzyki współczesnej. Utwory amerykańskiego kompozytora wykonywano niemal od początku istnienia Warszawskiej Jesieni. W 1958 David Tudor, nadworny pianista Cage’a, wykonał „Music of Changes”, w 1960 prezentowano utwór na taśmę „Fontana Mix”, w 1961 niezapomniana Cathy Berberian zaśpiewała w utworze „Fontana Mix with Aria”, a w 1964 pojawił się w programie „Koncert na fortepian i orkiestrę” z 1958 roku. Usłyszawszy w radiu ten właśnie utwór, Witold Lutosławski zmienił koncepcję komponowania, co odbiło się w jego aleatorycznych „Grach weneckich”.

Co takiego było w „Koncercie fortepianowym” Cage’a? Otóż muzyka ta wywracała do góry nogami dotychczasowy sposób tworzenia i zapisu partytury, przeciwstawiając się nie tylko tradycji muzycznej, lecz także żywej wciąż w latach 60., ba, królującej awangardzie spod znaku serializmu. Podczas gdy kierunek ten preferował bardzo ścisłe procedury, oparte na formułach matematycznych, Cage zaproponował jedynie ramowe określenie materiału muzycznego, nie determinując formy. Narzucał tylko niektóre parametry, inne pozostawiając swobodzie wykonawcy. Wykonania stawały się nieprzewidywalne i niepodobne do siebie.

Odbiór takiej estetyki muzycznej w Polsce bywał różny. W roku 1960 Lutosławski uznał Cage’a za jednego z tych twórców, którzy zbliżają muzykę do „braku wszelkiej muzyki”. Zapisał w swym dzienniku, że Cage „doskrobał się do dna” i zauważył, że sam się tam nie spieszy. Lutosławski zmieniał zdanie o Cage’u. W 1961 interesował się jego preparacjami fortepianu, by w 1963 wypowiedzieć się z kolei przeciwko preparacjom. W 1966, w liście do Cage’a, dołączonym do partytury „Gier weneckich”, przyznał, że „Koncert fortepianowy” wywarł na niego wpływ.

Ambiwalentny był stosunek do Cage’a naszego wybitnego innowatora Bogusława Schaeffera, który doceniając nowatorstwo, kwestionował jednocześnie jego geniusz. „Jest zaledwie muzycznym prowokatorem” – zapisał w książce „Kompozytorzy XX wieku”, interesująco analizując jednak idee i utwory amerykańskiego twórcy. 4’33” zbył wszak jednym zdaniem. Ciekawe to, bo przecież jako konceptualista powinien był ów pomysł docenić.

Niechętny zbytniemu pionierstwu w muzyce Zygmunt Mycielski pisał, że poznanie utworów Cage’a nie otwiera przed nim nowych horyzontów i że jedyną chyba zaletą Amerykanina jest poczucie humoru.

W roku 1964, przy okazji wykonania koncertu, John Cage przyjechał do Polski na Warszawską Jesień. Był też gościem redakcji „Ruchu Muzycznego”. Tam spotkał go Bohdan Pociej, 30-letni wówczas krytyk muzyczny, który nie tylko ze znacznie większym niż koledzy zrozumieniem odnosił się do dokonań autora 4’33”, ale w relacji z owego spotkania („Tyg. Powsz.” 44/1964) objawia niemałą fascynację nim jako człowiekiem („bardzo prosty i bezpośredni, pełen ogromnego, osobistego uroku. Jest w nim coś głęboko mądrego i coś pierwotnego zarazem”) i jako artystą („Cage jest marzycielem, wizjonerem, muzykiem i poetą w jednej osobie”; „Jego myśl, jego koncepcja życia i sztuki mają jakiś wschodni odcień czy podkład”). Zetknięcie z twórczością Cage’a każe Pociejowi zapisać znamienne zdanie: „Muzyka powinna się uwolnić spod tyranii formy”. Cóż… Pisze to krytyk, który wiele lat później stworzy wspaniałe książki o Bachu, Mahlerze, Lutosławskim, tworzone z takim samym entuzjazmem jak relacja ze spotkania z Cage’em.

W tym samym czasie, na początku lat 60., Jerzy Waldorff, po występie Davida Tudora na fortepianie preparowanym (grał utwór Wolffa – ucznia Cage’a), wyznał, iż miał chęć „spreparowania pianisty”.

2 komentarze

Filed under "Akcent", Cage, Lublin, muzyka współczesna

Oko w oko


Warszawa, sobota, 24 marca. Spotkanie siódemki autorów antologii „Zemsta jest kobietą” z czytelnikami poprzedziły swobodne rozmowy przy kieliszku wina. Zanim zebrała się publiczność, przez chwilę pogadaliśmy nawzajem o swojej prozie.


Wieczór poprowadziła Janina Koźbiel (stoi) z Wydawnictwa JanKa. Na lewo od niej Szymon Bogacz (liczne dowcipy; przyznał się, że pisze scenariusze i sztuki sceniczne), dalej Michał Urbaniak i Dorota Stachura (oboje wybrali do czytania fragmenty na ostro), Anna Dominiczak (pisze opowiadania fantastyczne), następnie Skromna Osoba oraz Aleksandra Żurek (wspomniała, że lubi redagować teksty). Poza kadrem znalazła się Marta Marchow (jej opowiadanie narodziło się z doświadczeń teatralnych).


Publiczność dopisała, zajmując każde wolne miejsce księgarni Serenissima na Zamku Ujazdowskim. Pytano, o czym piszemy i jakie książki mamy zamiar wydać. Wywiązała się też krótka dyskusja o kobietach a także o społecznym niedocenianiu opowiadań, tomów opowiadań i antologii.


Po spotkaniu z przyjemnością podpisaliśmy czytelnikom egzemplarze antologii.

Dodaj komentarz

Filed under Grzegorz Filip, literatura polska, Wydawnictwo JanKa, Zemsta jest kobietą

Zapiski spod szubienicy

Recenzja książki: Sławomir Mrożek, „Dziennik”, tom 2, 1970–1979

Dziennik Sławomira Mrożka z lat 1970-79 obejmuje okres przełomowy w jego twórczości. Autor „Tanga” ma już za sobą publikację kilku zbiorów opowiadań i kilkunastu sztuk (m.in. „Policjantów”, „Indyka”, „Śmierci porucznika”, „Vatzlava”), a na koncie niezwykłą popularność w kraju, międzynarodowy rozgłos „Tanga” (1964), przekłady na niemiecki, francuski i angielski, emigrację z Polski do Włoch (1963), protest przeciwko inwazji na Czechosłowację i prośbę o azyl polityczny we Francji. Przebył drogę od reportaży o „budowie socjalizmu” (1950-54), poprzez rysunek satyryczny, prozę groteskową, wykazującą absurdy komunizmu, do dramatu bliskiego teatrowi nonsensu Becketta, Ionesco, Dürrenmatta czy Geneta – i znalazł się na rozdrożach.

W latach 70., okresie pisania tej części dziennika, powstaną: „Rzeźnia”, „Emigranci”, „Garbus”, ale zanim to się stanie, Mrożek przeżywa kryzys, a dziennik staje się jego świadectwem, próbą diagnozy przyczyn i historią wciąż ponawianych usiłowań jego przezwyciężenia. Świadectwem zmagań z szatanem, światem i ciałem, dodajmy także: z umysłem. Jak na satyryka, poważny jest ten diariusz i smutny. Czterdziestokilkuletni pisarz nie śpi po nocach, pije, stawia sobie pytania „co dalej?” i nie potrafi na nie odpowiedzieć. I choć budzi się otumaniony, pisze dalej, notując wszystko, co przyjdzie do głowy, plącząc się i kapitulując, a przecież nie każdy płód bezsennych, pijanych nocy przedstawia jakąś wartość. Czytelnik zdany jest na siebie, na własną umiejętność selekcji myśli wartościowych, które odsiewać przyjdzie od banałów i kiksów. Mrożek pisze dziennik pełen pragnień bycia kimś innym i niezrealizowanych marzeń, szarpania się ze sobą i braku akceptacji samego siebie.

Czytelniczemu skupieniu nie służy też abstrakcyjność owych zapisków, oderwanych zarówno od miejsca powstania jak i od kontekstu twórczości Mrożka. Naprawdę niewiele można się z nich dowiedzieć o tym, jak i gdzie żył, co pisał, z kim się spotykał. Zawiniła przyjęta przez pisarza zasada, której trzyma się z uporem, że będzie się w dzienniku zajmował tylko sobą, nie światem. A jako bohater literacki nie jest Mrożek postacią frapującą. Mizantrop, megaloman (choć bywa też wobec siebie krytyczny), sybaryta, człowiek o słabym charakterze, który nie wie, czego chce. Z takiej konstelacji cech niełatwo stworzyć ciekawą postać literacką i Mrożkowi także się to nie udaje. W dzienniku życiowe dążenia i postanowienia, by nadać sens własnej egzystencji, walczą z wszechogarniającą rezygnacją i przegrywają.

Emigracja służy i nie służy pisarzowi, który w Paryżu ma zapewnioną łatwość kontaktów ze światem, ale z niej nie korzysta. Nie przepada za światem Zachodu, gdzie znajduje takiego samego chama jak ten, przed którym uciekał. Skarży się na niezadowalającą znajomość francuskiego, po kilkunastu latach na emigracji przyznaje się, że naprawdę rozumie tylko po polsku. Mieszka na Montmartrze, rzadko wychodzi z domu, więzi z emigrantami z Polski nie podtrzymuje. Pewnego dnia hałas zza okna prowokuje zapiski o francuskiej młodzieży, w której widzi pisarz chaos, jarmark, upadek obyczajów, stylu, języka. Trudno mu się pogodzić ze zmianą pokoleniową.

Czytelnik odnosi wrażenie, że liczne wyjazdy pisarza na stypendia i premiery sztuk w różnych krajach nie przysparzają mu nowych przyjaźni ani wrażeń. Trzy miesiące w Ameryce to trzy miesiące jęczenia, jak mu źle i liczenia dni do końca pobytu. Ten dziennik, jak żaden inny, pokazuje dosadnie jałowość pisarskich podróży. Mrożek jest znudzony, nie potrafi powiedzieć niczego ciekawego o swoich relacjach z ludźmi, ani też z owych relacji nie rodzi się w nim żadna istotna myśl. Jeśli próbuje coś wygenerować, to tylko z własnego wnętrza, ale z tym ma problem, bo przecież przeżywa kryzys. Podróż do Iranu odmienia na chwilę pisarza, który zaczyna funkcjonować w grupie, reagować na rodzące się w niej więzi, dzięki czemu robi się ciekawiej, ale i tu obezwładnią nas refleksje pełne mizantropii i prowincjonalizmu.

Ale najważniejszym problemem, który odbija się w dzienniku, pozostaje kryzys odczucia świata. W naznaczonej jedną doktryną Polsce pisarz próbował satyrą nadwątlać komunistyczny monolit, na Zachodzie doświadcza rozbicia rzeczywistości. Satyryk tu niepotrzebny, nie ma już czego kruszyć, tym bardziej że znany z autopsji komunizm cieszy się w sferach intelektualnych przychylnym zainteresowaniem.

Każda niemal karta owych zapisków opatrzona jest znakiem wodnym z portretem zmarłego w roku 1969 Gombrowicza. To on był patronem twórczości Mrożka i stał się patronem kryzysu tej twórczości („siła niewidzialna, która mnie gniecie”, „znienawidzony i fascynujący dyrektor szkoły”). Autor „Tanga” dialoguje z Gombrowiczem, w opozycji do niego próbuje budować własną filozofię, za każdym razem objawiając swą niższość. Uważa, że gdyby miał całościową koncepcję, tak jak Gombrowicz, byłby wielkim pisarzem. A tak, pozostaje „za wielki na Polskę, za mały na świat”. Dziennik staje się świadectwem twórcy, który bez powodzenia chciał przeskoczyć samego siebie. Niemożliwość osiągnięcia celów wykształca w nim obojętność, która z kolei tworzy złą atmosferę dla twórczości. Pozostaje alkohol.

Pomiędzy rozważaniami na poważnie i tymi, co miały zabrzmieć poważnie, a nie wyszły, odnajdziemy na tych ośmiuset stronach sporo dowcipu, autoironii czy groteski. „No i co, synku, będziemy znowu biadolić?” – zwraca się do samego siebie, po raz enty stając „pod szubienicą”, jak nazywa swe diarystyczne elukubracje. Albo, po zwyczajowej porcji narzekań, mówi o sobie: „I toto chce dojść do czegoś w życiu”. Bywa śmiesznie, to prawda, lecz jeśli ktoś spodziewa się po tej książce powtórki ze stylu skrzącej się dowcipem korespondencji z Lemem czy z Wojciechem Skalmowskim, srodze się zawiedzie. Zawiedzie go także, reklamowany w mediach, wątek erotyczny. Owszem, Mrożek wiele myśli o kobietach, ale szyfrem, a przy tym wykazuje bezradność w kontaktach z nimi i w pisaniu o nich.

Ważący półtora kilograma tom dziennika Sławomira Mrożka czyta się długo, co – jeśli nie mamy zwyczaju ślęczenia przy biurku – przyczynia się do podniesienia siły mięśni i z powodzeniem zastąpi wizytę w siłowni. Może też doprowadzić do zwichnięcia nadgarstków. Doprawdy trudno zgadnąć, dlaczego Wydawnictwo Literackie wystawia naszą cierpliwość i kondycję fizyczną na taką próbę. Książkę należało odchudzić, eliminując wielokrotne powtórzenia, rozwlekłe rozważania prowadzące na manowce, partie pisane szyfrem, który zrozumieć może tylko autor. Powstałby w ten sposób 200-250-stronicowy wybór najlepszych fragmentów. Otrzymalibyśmy wprawdzie Mrożka zafałszowanego, bo błyskotliwego, dowcipnego, autoironicznego, w miejsce marudnego melancholika, ale cóż… byłby to ten Mrożek, którego lubimy.

Dodaj komentarz

Filed under literatura polska, Mrożek

Spotkanie autorskie – zapraszam

W sobotę 24 marca, o godzinie 18:00 spotkają się z Czytelnikami autorzy antologii opowiadań „Zemsta jest kobietą”.

Udział potwierdzili: Anna Dominiczak, Marta Marchow, Dorota Stachura, Aleksandra Żurek, Szymon Bogacz, Michał P. Urbaniak i ja.

Zapraszamy do księgarni Serenissima w Zamku Ujazdowskim w Warszawie (Centrum Sztuki Współczesnej), ul. Jazdów 2.

Dodaj komentarz

Filed under Grzegorz Filip, literatura polska, Wydawnictwo JanKa, Zemsta jest kobietą

Nowy numer „Akcentu”


Zapraszam na spotkanie z nowym (1/2012) numerem kwartalnika „AKCENT”, w którym znalazł się fragment mojej powieści „Studnia”.

27 marca (wtorek) o godz. 18:00 w siedzibie Radia Lublin – Studio im. Z. Stepka, ul. Obrońców Pokoju 2 w Lublinie.

Autorami numeru są m.in.:

John Cage, Margaret Leng Tan, Kyle Gann, Jerzy Kutnik, Grzegorz Filip, Bogdan Nowicki, Anna Spólna, Karolina Wieliczko, Wojciech Dunin-Kozicki, Urszula M. Benka, Marcin Klimowicz, Wiesława Turżańska, Donat Niewiadomski, Marek Danielkiewicz, Małgorzata Szlachetka, Miłosz Waligórski, Bogusław Wróblewski

Do lektury zaproszą:
Janusz Opryński – twórca spektakli Teatru Provisorium
Natasza Ziółkowska-Kurczuk – reżyser, wykładowca UMCS

Dobrze przygotowane i zajmujące są te cykliczne promocje nowych numerów „Akcentu” w Radiu Lublin. Byłem na kilku i zawsze coś wyniosłem (prócz numerów kwartalnika). Przychodzą pisarze, ludzie kultury, dziennikarze, rozmowa jest dość swobodna, czasem daleko odbiega od głównego tematu.

Dodaj komentarz

Filed under Grzegorz Filip, literatura polska, Lublin, Studnia