Monthly Archives: Kwiecień 2012

Czas hieny

Nie jest to jedynie zbiór miniatur prozatorskich, jak utrzymuje wydawca, lecz spójna całość, niemal powieść, duża forma epizodyczna powiązana osobami bohaterów, jednością tematu, wspólnym miejscem akcji i ciągłością zdarzeń. W usta jednej z postaci Adam Kulik wkłada taką oto, skierowaną do nas, podpowiedź: „Tylko niech pan pisze tak jak Chopin komponował: prosto, jakby od niechcenia, ale zarazem finezyjnie, zwiewnie, muskając papier piórem tak jak on palcami klawiaturę. On też dużo brał z ludu… Niech pan pisze nokturny, etiudy, impresje – takie byle co, ale żeby miało niebiańską formę”. I tak właśnie pisze.

Czym jest ta książka? Literackim przewodnikiem po Lubelszczyźnie, jej historii i współczesności? Ciepłym, ale czasem jeżącym włos na głowie obrazem dzisiejszej wsi? Kolekcją legend tworzonych przez autora budującego swoistą mitologię wschodniej Polski? Bezkompromisową publicystyką polityczną, opartą na tym, co naprawdę myślą i mówią prości ludzie, mając dość zakłamania i nieudolności w elitach władzy? Lekcją historii regionalnej, która niejednemu może rozjaśnić w głowie? Dowcipnym, ironicznym listem z nadburzańskiego pogranicza, pogranicza miasta i wsi, historii i współczesności, czasów komunizmu i postkomunizmu? Przyczynkiem do autobiografii autora? Współczesnym romansem na ruinach dawnej Rzeczypospolitej? Reportażem? Reportażem może najmniej, bo te pisuje się ostatnio przez szybę samochodu. Ale na pewno summą poglądów, filozofii życiowej, marzeń i pragnień autora. „Czas hieny” jest wszystkim tym naraz i nie tylko tym.

Książkę dominują dwa wątki: jeden związany z anegdotycznie potraktowaną społecznością wsi, drugi przędzie autor wokół kręgu inteligencji zgromadzonej na plenerze malarskim. Świat wsi ukazuje w mrowisku anegdot, zbieranych zapewne przez lata, historii zwykłych niby, a nieprawdopodobnych, kreśląc barwne portrety ludzkie i dosadne sytuacje. Kozia Wola, Wożuczyn, Siemnice, Czartowczyk – miejscowości z powiatu tomaszowskiego, Królewski Dwór w powiecie parczewskim, nadbużańskie wsie powiatu hrubieszowskiego to teatr owych zdarzeń. Artyści zaś pracują i debatują w budynku szkoły, wypuszczając się na bliższe i dalsze wycieczki. Wieś zajmuje się życiem, inteligencja sztuką i dysputami. Kulik nie zderza tych dwóch grup może w przekonaniu, że manewr Wyspiańskiego, tyle już razy naśladowany w literaturze i filmie, jest dziś zużyty. Ale istnieje coś, co łączy oba światy – historia, wspólna historia egzystencji Polaków między Niemcami i Rosją. Jej ślady odkrywa ziemia, oddając nagromadzone przez wieki skarby. I są także ślady historii włościańskiej, historii z chłopskiej perspektywy, ba, historia ta żyje na wsi w tradycji ustnej.

Inteligencki bohater tej książki chodzi śladami przeszłości, odkrywa je i próbuje nimi zainteresować innych. Historię Polski zawsze widzi w kontekście geopolitycznym, otwarcie, bez niedomówień oceniając relacje polsko-rosyjskie, polsko-niemieckie, stosunki z Żydami i Ukraińcami. Nie zapomina o kontekście europejskim. „Staram się zrozumieć barbarzyńską Europę” – mówi. Jest arystokratą ducha. Swoje życie traktuje jak dar. Uważa, że człowiek nie jest panem niczego na ziemi, jedyne, co może uczynić, to pomóc innym. Powtarza, że chce żyć w zgodzie ze swoją kulturą i tradycją, zdecydowanie odrzuca działania, które próbują mu to uniemożliwić. W ocenie współczesności ujawnia myślenie republikańskie.

Adam Kulik nie czerpie motywów z gazety, sięga do głębi, wykazując zupełny brak zainteresowania fasadowością modnych tematów i schematyzmem ujęć. Żywiołem jego książki jest dialog, rozmowa i „obserwacja uczestnicząca”, żywy kontakt z człowiekiem. W opowieściach z życia wsi autor oddaje głos miejscowemu obserwatorowi-gawędziarzowi, uczestnikowi lokalnej wspólnoty. Stąd charakterystyczny styl relacji ustnych oraz język: kaleki, poszarpany, prawdziwy. Ale mimo to słuchamy go chętnie, czasem z rozbawieniem, innym razem z przerażeniem. Ten język ma coś do przekazania, choć w niewygładzonej, surowej, dalekiej od poprawności formie.

Czytelnika ujmie z pewnością specyficzny rodzaj humoru, ujawniającego się zarówno w języku i przedstawianych sytuacjach, jak też w ironicznym dystansie do rzeczywistości. Nie mogę się powstrzymać przed przepisaniem fragmentu:
„Wszystko na Kulijanka.
Łamała Dyrdzioszka buraczynie u Stacha.
– Niech mi Chodaczka nie łamie buraczynia – mówi jej na drodze Stach.
– To nie ja, to Kulijanek.
Raz i drugi wyłamane, myśli Stacho, złapię ja tego Kulijanka Pęcherzyka. Żniwa, ciepło, położył się pod miedzą. Już miał się zdrzemnąć, patrzy – leci truchtem Dyrdzioszka! Rozłożyła chustę przy jego głowie, nałamała i zakłada chustę na plecy. Zawiązała pod szyją i podnosi się. On trzyma. Jeszcze raz, i jeszcze. I tak z pięć razy.
– Boże, tożem nałamała tyle, co zawsze, a nie mogę się podnieść.
– I tak Kulijanek łamie moje buraczynie? – mówi Stach. – Jak się Chodaczka nie wstydzi! Co niedziela kuśtyka do kościoła i modli się, a tu kradnie.
– Ja Boga obrażę, a potem go przeproszę.
– A ja sobie nie życzę, żebyście Boga na moim polu obrażali”.

Bywa jednak, że dialog się rwie. To wówczas, gdy głos zabiera narrator autorski, aby wygłosić namiętną, gniewną orację, w której obrywa się egocentrycznym politykom, chciwym księżom, zaborczym sąsiadom, barbarzyńskiej Europie. Narrator ten potrafi być irytujący, boksuje w próżnię, wie wszystko i rzadko miewa wątpliwości. Brakuje mi wówczas przeciwnika, owej drugiej strony, o której tyle się mówi, ale jej głosu nie słychać. Można to wziąć za sygnał: oni są tam, na górze, na wieś nie zaglądają, mając prostych ludzi w pogardzie, albo też tak: nie warto ich słuchać, nie mają nic do powiedzenia, mówią za nich ich czyny i zaniechania. O elitach III RP autor nie ma zbyt wysokiego mniemania. Jednak poglądy odmienne niż rezonerzy Kulika mają nie tylko elity, lecz także pewna część społeczeństwa, która mogłaby prawdopodobnie przedstawić jakieś racje. Obraz otrzymany przez czytelnika byłby wówczas pełniejszy.

Tłem i zarazem prowokacją do wszelkich rozmów i dyskusji o sprawach fundamentalnych stają się ruiny odwiedzane przez bohaterów książki podczas licznych wycieczek: opuszczone wsie, pustawe miasteczka, pozostałości zamków i pałaców, rozkradzione kaplice i cmentarze, nieczynne cerkiewki. Obcowanie z ruinami historii wyzwala refleksje na temat współczesności, bo i ona obfituje w ruiny: pozamykane cukrownie, zdemolowana świadomość historyczna i narodowa, zdewastowany język.

Ruiny stają się także tłem romansu. Miłość dwojga bohaterów książki, okazjonalna i pozbawiona nadziei na przyszłość, nie odegra jednak ocalającej roli. Czy w czasach hien i szakali pozostało coś, co może mieć taką siłę? Wątpliwe, by stała się nią wiara, której autor nie przyznaje większego znaczenia. Nadzieję może jedynie budzić miłość inna, miłość do ziemi, którą przesycona jest ta książka. Na niej buduje pisarz mitologię pogranicza, swojej rodzinnej krainy, to nią przepojone są obrazy przyrody, z niej wyrastają kreacje postaci Piśmiennego – dziennikarza-regionalisty i Tonia – reżysera filmów dokumentalnych.
„Czas hieny” to książka o ruinach, to wielkie pytanie o to, gdzie żyjemy i co zrobiliśmy z naszym czasem.

Adam Wiesław Kulik, Czas hieny, Wydawnictwo ARCANA, Kraków 2011.

Dodaj komentarz

Filed under Adam Kulik, literatura polska

Pękam ze śmiechu

Nie tylko w prasie codziennej (od dziennikarzy niczego już nie wymagam), lecz także w prasie literackiej do szału mnie doprowadza przymiotnik „lubliński”. Szczecin – szczeciński, Lublin – lubliński. Tak się niektórym błędnie wydaje. Tymczasem jednak „lubelski”, tak jak lubelskie a nie „lublińskie” jest województwo, utworzone już jakiś czas temu, bo w XV wieku. Wcześniej istniała ziemia lubelska (nie „lublińska”), należąca do województwa sandomierskiego. Lista kasztelanów lubelskich zaczyna się od pierwszej połowy XIII w. Dość dawno, prawda? Był czas się przyzwyczaić.

Jeden był tylko w historii wyjątek – Lublinskaja gubernia, utworzona w 1837 roku przez moskiewskiego okupanta w miejsce województwa. Czyżby kompetencja językowa zaborcy mogła się dzisiaj stać dla kogoś wzorem?

I proszę się tego nauczyć. Jeśli w szkole nie wymagali znajomości nazw województw, tych współczesnych i tych historycznych, to trudno. Ale to nie powód, by w zarozumiałej ignorancji rzucać się zaraz w językową wynalazczość.

Proszę sobie zapamiętać: kiedy w Lublinie (ale także w Zamościu, Chełmie, w Puławach czy Parczewie) słyszymy o „lublińskim zamku”, „lublińskim koziołku”, „koncercie w lublińskim klubie”, śmiejemy się z ignorancji mówiącego. A ignorancja nie przynosi chwały, choć telewizja przekonuje, że owszem.

Tyle o niedouczonych wynalazcach, teraz pro domo sua. Co można powiedzieć o randze miasta, od którego nazwy nie umieją w Polsce utworzyć przymiotnika? I kto jest temu winien?

Dodaj komentarz

Filed under Lublin