Monthly Archives: Maj 2012

AMM

John Tilbury i Eddie Prévost to instrumentaliści tworzący doskonale znaną słuchaczom muzyki improwizowanej grupę AMM, w której grywają również gitarzysta Keith Rowe i saksofonista Lou Gare. Koncert duetu (16 maja) był ozdobą lubelskiego festiwalu KODY.

Artystom od wejścia udało się wykreować nastrój, zaczarować publiczność muzyką drewna i metalu, skoncentrować naszą uwagę. Improwizacja rozpoczęła się pianissimo, delikatnie i subtelnie, i w swym przebiegu – z wyjątkiem kilku węzłów, gdy natężenie chwilowo rosło – pozostała na najniższym poziomie dynamiki przez okres całego, godzinnego setu. Muzyka ta, zwiewna i ulotna, pełna ciszy, lecz zarazem ruchliwa, uwodzi nie tylko brzmieniami, lecz także stonowaną teatralnością.

Tilbury korzysta z fortepianu preparowanego, ale nie epatował preparacją podczas gry. Raz przygotowanego instrumentu używał przez cały koncert. W pierwszej części grał głównie wewnątrz pudła, po czym usiadł do klawiatury i tu pojawiły się zrazu miło i znajomo brzmiące akordy „messiaenowskie”, minimalistycznie potem repryzowane.

Inaczej Prévost. U niego wszystko działo się na oczach słuchaczy. Prezentował wyjątkową wynalazczość, co było możliwe dzięki temu, że nie grał na gotowym zestawie perkusyjnym. Usiadł do „warsztatu”, przy którym w czasie koncertu powstawały nowe układy instrumentów i generowane z nich brzmienia. Muzyk pobudzał np. do drgań talerz leżący na wibrującej membranie bębna, a następnie pałeczką o miękkiej główce wciskał talerz w membranę. Często używał smyczka i pocierając krawędź gongu, uzyskiwał długo wybrzmiewające wibracje alikwotowe.

Muzycy wymieniali się rolami. Gdy pianista traktował fortepian perkusyjnie, perkusista realizował funkcje melodyczne. Pod sam koniec setu, trochę ze względu na powtarzalność środków, bardziej w wyniku zniecierpliwienia nieprzygotowanej grupy publiczności, moje skupienie prysło.

Przy okazji refleksja. Część sali zajęła publiczność przypadkowa, nieosłuchana z taką muzyką i nieumiejąca się na nią otworzyć. Stąd szepty, wiercenie się w fotelach, wychodzenie w trakcie, rozpraszanie innych. Muzyka o nieuchwytnej rytmice, zmiennych, okazjonalnych harmoniach i swobodnej tonalności wymaga treningu. Nie wszyscy od razu umieją jej słuchać. Ona dopomina się otwarcia uszu. Nie spotkałem natomiast świetnej publiczności znanej mi z lubelskich festiwali i koncertów jazzu progresywnego i free improv. Szkoda, bo to na pewno byłaby muzyka dla niej.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Lublin, muzyka współczesna

Co krępuje pisarzy?

Autobiografia literacka Marka Nowakowskiego to ciekawa lektura. Obejmuje okres 1955-65, o którym autor opowiada jakby bez dystansu, nie narzucając dzisiejszej perspektywy, rezygnując z obecnych ocen. Czytałem tę książkę – portret chłopaka z podwarszawskiej miejscowości, który został pisarzem – w bezpośrednim sąsiedztwie listów Gombrowicza i Giedroycia. Jakież to różne światy pisarskie!

Nowakowski żyje w kulturze dialogu. Życie w drodze, włóczęga, knajpy, koledzy-pisarze, znajomi z ulicy, zaplecze pisarskie w postaci legionu zwykłych ludzi, z którymi młody autor codziennie rozmawia, przeważnie o rzeczach powszednich, czasem o wyjątkowych. Otwarcie na człowieka, na żywy język.

Żywiołem Gombrowicza jest monolog, własny monolog. Witoldo nie lubi słuchać innych. Jest uparty. Jego korespondencja pokazuje, jak słabo rozumiał rzeczywistość komunistyczną i mimo że Giedroyć tłumaczył mu niuanse sytuacji w kraju, szedł w zaparte do końca.

A druga fundamentalna różnica wiąże się z kwestią wolności. Nowakowski zdaje się być człowiekiem wolnym, nic nie musi. Poprzestaje na małym, więc nie trzeba mu wiele. Stroni od tych, co go kuszą perspektywami, jeśli zgodzi się sprzedać swe pióro. Sam wybiera tematy. Opiera się na mentorze, którym jest Wilhelm Mach, ale w porę potrafi się wyzwolić. Powoli zdobywa znaczenie jako twórca. Lęka się tylko reakcji rodziców na to, że zawalił studia prawnicze, by pisać. Usiłuje ich przekonać, że to, co robi, jest wartościowe. Nowakowski cieszy się każdą pozytywną recenzją i nie odchorowuje niepowodzeń.

Gombrowicz szamocze się w klatce uzależnień. Jego życie i pracę twórczą regulują stypendia, o które musi molestować, skamlać, kołatać do osób i instytucji, zamęczać redaktora „Kultury” o poparcie i pośrednictwo. Nieustanny brak pieniędzy staje się głównym tematem korespondencji między nimi. Autor „Ferdydurke” uzależniony jest od prasy emigracyjnej, która, poza „Kulturą”, nie ceni go, a często oczernia. Czuje się także ograniczany przez swego wydawcę. Giedroyć bowiem stawia swoje warunki zarówno w przypadku druku dziennika w „Kulturze” jak i druku książek. Jednak jako największe ograniczenie odczuwa Gombrowicz trudność dotarcia do czytelnika w kraju. Zrobiłby wszystko, żeby to zmienić.

W obu książkach znalazłem wysoką ocenę twórczości Józefa Mackiewicza. Nowakowski poświęca mu kilka akapitów, omawiając swoje młodzieńcze fascynacje literackie. Gombrowicz w kilku listach tłumaczy Giedroyciowi swoją ideę, by amerykańskimi stypendiami honorowano wyłącznie najlepszych pisarzy emigracyjnych, nie zaś wszystkich, bo namnożyło się ich niewyobrażalnie. Wreszcie wymienia czołową trójkę, do której zalicza Czesława Miłosza, Józefa Mackiewicza i siebie. Wysokie notowania Mackiewicza zaskakują, był to wszak pisarz zupełnie odmienny, z innej rzeczywistości literackiej niż Gombro.

Marek Nowakowski, Pióro. Autobiografia literacka, Warszawa 2012.
Jerzy Giedroyć, Witold Gombrowicz. Listy 1950-1969, Warszawa 1993.

Dodaj komentarz

Filed under Gombrowicz, literatura polska, Nowakowski