AMM

John Tilbury i Eddie Prévost to instrumentaliści tworzący doskonale znaną słuchaczom muzyki improwizowanej grupę AMM, w której grywają również gitarzysta Keith Rowe i saksofonista Lou Gare. Koncert duetu (16 maja) był ozdobą lubelskiego festiwalu KODY.

Artystom od wejścia udało się wykreować nastrój, zaczarować publiczność muzyką drewna i metalu, skoncentrować naszą uwagę. Improwizacja rozpoczęła się pianissimo, delikatnie i subtelnie, i w swym przebiegu – z wyjątkiem kilku węzłów, gdy natężenie chwilowo rosło – pozostała na najniższym poziomie dynamiki przez okres całego, godzinnego setu. Muzyka ta, zwiewna i ulotna, pełna ciszy, lecz zarazem ruchliwa, uwodzi nie tylko brzmieniami, lecz także stonowaną teatralnością.

Tilbury korzysta z fortepianu preparowanego, ale nie epatował preparacją podczas gry. Raz przygotowanego instrumentu używał przez cały koncert. W pierwszej części grał głównie wewnątrz pudła, po czym usiadł do klawiatury i tu pojawiły się zrazu miło i znajomo brzmiące akordy „messiaenowskie”, minimalistycznie potem repryzowane.

Inaczej Prévost. U niego wszystko działo się na oczach słuchaczy. Prezentował wyjątkową wynalazczość, co było możliwe dzięki temu, że nie grał na gotowym zestawie perkusyjnym. Usiadł do „warsztatu”, przy którym w czasie koncertu powstawały nowe układy instrumentów i generowane z nich brzmienia. Muzyk pobudzał np. do drgań talerz leżący na wibrującej membranie bębna, a następnie pałeczką o miękkiej główce wciskał talerz w membranę. Często używał smyczka i pocierając krawędź gongu, uzyskiwał długo wybrzmiewające wibracje alikwotowe.

Muzycy wymieniali się rolami. Gdy pianista traktował fortepian perkusyjnie, perkusista realizował funkcje melodyczne. Pod sam koniec setu, trochę ze względu na powtarzalność środków, bardziej w wyniku zniecierpliwienia nieprzygotowanej grupy publiczności, moje skupienie prysło.

Przy okazji refleksja. Część sali zajęła publiczność przypadkowa, nieosłuchana z taką muzyką i nieumiejąca się na nią otworzyć. Stąd szepty, wiercenie się w fotelach, wychodzenie w trakcie, rozpraszanie innych. Muzyka o nieuchwytnej rytmice, zmiennych, okazjonalnych harmoniach i swobodnej tonalności wymaga treningu. Nie wszyscy od razu umieją jej słuchać. Ona dopomina się otwarcia uszu. Nie spotkałem natomiast świetnej publiczności znanej mi z lubelskich festiwali i koncertów jazzu progresywnego i free improv. Szkoda, bo to na pewno byłaby muzyka dla niej.

Advertisements

Dodaj komentarz

Filed under Lublin, muzyka współczesna

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s