Monthly Archives: Wrzesień 2012

Spotkania z Madejem. W 10. rocznicę śmierci pisarza

W 1983 roku kupiłem na Podzamczu pierwsze krajowe wydanie Maści na szczury, słynnego zbioru opowiadań Bogdana Madeja. Książkę, niedostępną w księgarniach, oferował bazarowy sprzedawca, nie tak elokwentny jak ten z tytułowego opowiadania, prawdę mówiąc zupełnie bezbarwny. W metryczce książki widniało, że to drugie wydanie, i że pierwsze miało miejsce w Paryżu, w roku 1977. Wiedziałem o tym, wiedziałem też, że Madej już wcześniej, w 1974, wydał w Instytucie Literackim powieść Piękne kalalie albo dojrzewanie miłości (na jej krajową edycję nie było jednak w latach osiemdziesiątych najmniejszych szans). Kazimierz Orłoś i autor Maści to pierwsi krajowi pisarze, którzy zdecydowali się na publikację u Giedrojcia swych zatrzymanych przez cenzurę książek i zapłacili za to wieloletnim zapisem.

Pod koniec lat 80., świeżo upieczony polonista, wziąłem się do pisania o literaturze. Umyśliłem szkic o prozie Bogdana Madeja. Miałem za sobą lekturę jego eseju Polska w orbicie Związku Radzieckiego, wydanego w Lublinie w Bibliotece „Spotkań” (czy historycy i politolodzy zajmują się tą książką?), znałem już Piękne kalalie. Teraz odsiadywałem godziny i dni w bibliotece, zapoznając się z debiutanckim tomem opowiadań Młodzi dorośli ludzie, powieściami Uczta i Konstelacja, wszystko to były utwory z lat 60., a także czytając opowiadania z lat 80. publikowane w czasopismach. Wkrótce powstał szkic Wszystkie twarze zła, w którym analizowałem (w sposób bardzo jeszcze polonistyczny) opowiadanie Głęboką nocą. Walc. Trochę tam było naiwności, za dużo przypisów, ale co do jednego miałem nosa – już wtedy stawiałem tezę, że Głęboką nocą to najwybitniejsze opowiadanie Madeja. Dziś wypada mi tę intuicję wzmocnić. To nowelistyczne arcydzieło.

Kiedy na przełomie roku 1989 i 90 poszukiwałem autorów chętnych do współpracy z nowo powstałym kwartalnikiem „Kresy”, zwróciłem się przede wszystkim do Bogdana Madeja. Poznaliśmy się, chętnie przystał na publikację fragmentu powieści, obiecał nowe opowiadania. W pierwszym numerze „Kresów” ukazały się trzy początkowe rozdziały Pięknych kalalii.
W numerze 13. (zima 1993) Madej zabrał głos w ankiecie o stanie literatury polskiej. Pisał: „Ów czas – mam na myśli lata 80. – nie był dramatyczny w skali narodu na tyle, aby usprawiedliwić zbyt wysoki, skłamany rejestr, na jakim literatura, wypowiadająca się w imieniu społeczeństwa zajętego, bardziej niż polityką, trudami codziennej egzystencji, niepotrzebnie egzystencję tę wpisywała w skalę dramatów wyjątkowych. Było to widzenie politycznie może uzasadnione, ale dla literatury zabójcze.
Literatura nie może kłamać, nie może tkwić po uszy w patosie i mistyfikacji. Wszędzie, a szczególnie w twórczości, potrzebne jest zachowanie naturalnych proporcji pomiędzy sytuacją i jej literacką definicją. Arcypatetyczny i apokaliptyczny opis wydarzeń trudnych, ale właśnie nie dramatycznych, prowadzi do łatwizny i automistyfikacji, w których łatwo zużywa się „żelazna porcja” słów i pojęć zarezerwowanych na okazje prawdziwie dramatyczne. Wiele wskazuje, że ten właśnie przypadek przydarzył się naszej literaturze”.

Nie zgadzałem się wtedy z pisarzem, uważając, że czasy, które przeżyliśmy, były jednak dramatyczne. Dziś zaaprobowałbym jego opinię w większym niż wówczas stopniu. O tym, jak traktował kwestię prawdy w literaturze, przekonałem się podczas jednej z naszych rozmów, gdy, wzburzony, mówił o Błogosławionej świętej, opowiadaniu Herlinga-Grudzińskiego. Nie mógł zaakceptować pisarstwa opartego na sfingowanej anegdocie, które udaje prawdę.

W numerach 22 i 23 „Kresów” (2 i 3/1995) przyszedł czas na wspomnienia Bogdana Madeja zatytułowane Między Niemnem i Sanem. Pisarz opowiadał o dzieciństwie w Grodnie w latach 30., wrześniowym wkroczeniu sowietów, o ucieczce z matką i siostrą do Warszawy tuż przed pierwszą masową deportacją ludności polskiej na wschód, i potem o dalszej przeprawie do Małopolski.

Nowy tom opowiadań Półtraktat o lewitacji, złożony z tekstów pisanych w latach 80. i później, recenzowałem w „Nowych Książkach” (nr 4/1998). W 1999, przy okazji wznowienia Maści na szczury, przeprowadziłem z pisarzem wywiad, który ukazał się w „Życiu” (nr 217 z 16.09.1999). Dużo pytałem w nim o groteskę, jej możliwości oddania prawdy. Wiedziałem już, że pisarz porzuca groteskowo-absurdalne kreacje na rzecz „surowego, kronikarskiego realizmu”, jak to określiła Helana Zaworska. Krajowe wydanie Pięknych kalalii przyjąłem artykułem Owocowa antyutopia („Forum Książki” 1/2002), zastanawiając się nad aktualnością tej książki.

Moje spotkania z Bogdanem Madejem miały swą chronologiczną hierarchię: najpierw poznawanie jego książek, próby pisania o tej prozie, potem publikowanie tekstów pisarza w „Kresach” i wreszcie spotkania osobiste, w kawiarniach i u niego, na Bronowicach, w gabinecie pełnym książek, rycin i zdjęć, gdzie w oparach dymu papierosowego przyjmował mnie przy starym, wiśniowym biurku i mocnej kawie. Moje podniebienie zapamiętało najlepszą karpatkę, jaką kiedykolwiek jadłem, upieczoną przez żonę pisarza, panią Agnieszkę.
Obserwowałem, jak do tego gabinetu wkracza nowa technika, elektroniczną maszynę do pisania wypiera komputer z drukarką. Nigdy nie zdradzał, co aktualnie pisze, chyba nie lubił się przed czasem odsłaniać, a ja się nie dopytywałem.

Żył skromnie, w luźnym kontakcie z lubelskim środowiskiem literackim, przyjaźnił się z kilkoma pisarzami spoza Lublina, Józefem Baranem, Stanisławem Srokowskim, Adamem Ziemianinem. Powiedział mi kiedyś, że żałuje, iż nie osiadł w Rzeszowie. Choć bohaterowie Madeja chodzą po lubelskich ulicach, Lublin słabo pamięta o swoim najwybitniejszym prozaiku, nie szczyci się nim, woli poetów.
Madej był odludkiem, jego pisarstwo wymagało samotności. Nie zawsze była ona wyborem pisarza, wspominał bowiem, że gdy spotkały go represje za publikowanie za granicą, odwróciło się od niego wielu znajomych. Nie był łatwym rozmówcą, miał swoje przekonania literackie i nie ulegał fascynacjom innych. Wiem coś o tym, bo dwa czy trzy razy próbowałem go przekonać do ekscytujących mnie książek. Nasze rozmowy bardzo często rozbijały się o rafy różnicy poglądów na literaturę, u niego ugruntowanych i chyba niezmiennych, u mnie wówczas wciąż płynnych. Nie mogłem zostać jego uczniem, mimo to wiele mu zawdzięczam.

2 komentarze

Filed under Bogdan Madej, literatura polska, Lublin

Hommage

Kim był dla mnie Andrzej Chłopecki? Dziesięć lat temu, gdy zacząłem słuchać jego audycji o muzyce współczesnej, był autorytetem, arbitrem, wyrocznią. Jego oczami widziałem klasyków współczesności i twórczość młodszych pokoleń, jego oceny były ważnym punktem odniesienia, a hierarchie stawały się niepostrzeżenie moimi. Nie był wprawdzie sam, bo prócz niego współczesność muzyczną w Dwójce odkrywały przede mną – tak jak i dziś – Ewa Szczecińska i Joanna Grotkowska, ale czuło się, że on jest tam najważniejszy. Wkrótce wyzwoliłem się spod skrzydeł guru i znalazłem własne upodobania estetyczne, lecz początek, jak wszystkie początki, zadecydował o kierunkach poszukiwań.

Andrzej Chłopecki znaczył dla mnie wiele nie tylko jako dziennikarz muzyczny Polskiego Radia i prezenter muzyki. Ceniłem jako krytyczne pióro, przez pewien czas (zanim rozwinęli skrzydła Jan Topolski, Michał Mendyk, Monika Pasiecznik, Daniel Cichy, Antoni Beksiak, Tomasz Cyz i inni) jedyne takie pióro w Polsce. Lektura jego tekstów z pewnością musiała wywrzeć wpływ na moją publicystykę muzyczną. Choćby jego „Socrealistyczny Penderecki”, którym krytyk przerywał ciąg laurek witających kolejne utwory mistrza z Lusławic, do środowiska muzycznego wpuszczał świeże powietrze, ośmielał młodych krytyków.

Wreszcie, kiedy się trochę rozkręciłem, postawa Andrzeja Chłopeckiego stała się dla mnie przedmiotem kontestacji. Czekałem na polskie książki o muzyce. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego, będąc tak świetnie zorientowanym w muzyce współczesnej, nie mając konkurentów, poprzestaje na felietonach w gazecie i nie pokusi się o prace większego kalibru. W artykule „Krytyka muzyczna, czyli wielkie bum” wyrażałem żal, że nie podejmie się napisania książek o muzyce naszych sąsiadów, Litwinów, Czechów, Słowaków, choć siedział w tych tematach. Nie wiedziałem, że pracuje nad książką o Lutosławskim, a może zaczął ją pisać dopiero później?

Andrzej Chłopecki odpowiedział wtedy na mój artykuł, a jego tekst „Odra” wydrukowała w tym samym numerze. Tekst był miejscami gniewny, dla mnie pochlebny (kto ciekawy, niech sięgnie do „Odry” 9/2007), przede wszystkim jednak pokazywał, jak bardzo odmiennie można pojmować zadania krytyki artystycznej. To było pięć lat temu, po raz pierwszy skrzyżowaliśmy wówczas szpady, dziś wiadomo, że po raz ostatni.

Dodaj komentarz

Filed under muzyka współczesna

Stolik Paczuskiego

Wszystko (a tak tego niewiele), co można znaleźć o Krzysztofie w internecie, wydaje się bezduszne, kancelaryjne. Poezja zatrzaśnięta w kilku formułach, życie podcięte ostrą kreską wzmianki o chorobie i śmierci. Nie do wiary, że nikt z Lublina nie wspomniał nawet o stoliku w Unii. A ileż osób przewinęło się przez ten stolik! Ile znajomości miało tu początek! Nie bywałem tam często, ale na tyle, by za pośrednictwem owego stolika poznać połowę lubelskiej bohemy. Spróbujmy sobie przypomnieć.

Ze środowiska „Spotkań” bywał Zdzisław Bradel. Znałem go najbliżej, zdarzyło mi się nawet nocować w jego domu rodzinnym w Gdańsku. Zdzich, sympatyczny wysoki blondyn o spokojnym temperamencie, pojawiał się przy stoliku rzadko, ale na długo można go było zapamiętać. Do prowincjonalnego Lublina przywoził wieści „ze świata”, których nie dałoby się wyczytać z gazet, i był sugestywny w snutych wizjach politycznych.
Raz czy dwa razy spotkałem Janusza Krupskiego, ale nie zdołałem go bliżej poznać. Został potem wiceprezesem IPN i zginął w katastrofie smoleńskiej.

Największe zamieszanie sprawiał poeta Olek Rozenfeld, głośny, krzykliwy, tubalnym śmiechem i wonnym dymem fajkowym wypełniający całe wnętrze kawiarni. Można się było przestraszyć. Lubił robić wrażenie na młodszych od siebie, pokazywał szpalty gazet i czasopism zadrukowane swoimi wierszami. W dziedzinie zwracania na siebie uwagi zaraz po nim sytuował się wówczas, na przełomie lat 70. i 80., Tadeusz Cugow-Kwiatkowski. Gdy chciał do czegoś przekonać, łapał za rękę, a dłoń miał potężną. Jego wiersze, pisane szeroką, romantyczną frazą, czytałem z przejęciem, zawsze słysząc w nich głos poety, niski i ciepły.

Bywało u tego stołu środowisko poetyckie rodzącego się „Akcentu”: przedsiębiorczy Bogusław Wróblewski, który nie musiał zwoływać osobnego zebrania redakcji, bo wszystkich tu miał pod ręką, pozornie ospały, lecz błyskający raptownym dowcipem Dominik Opolski, spotykałem Jana Krzysztofa Miśca, Janusza Klimeckiego, Waldemara Drasa, częściej chyba jego żonę. Przychodził Adam Kulik. Zdaje mi się, że widywałem też Bohdana Zadurę i Waldemara Michalskiego. Gdy zacząłem się tam pojawiać, w roku 1978 lub 79, w oparach extra mocnych, caro i carmenów, Krzysztof triumfował właśnie po ukazaniu się debiutanckiej książki Polonez z różą w gardle. Mówiło się o tym tomiku. Był herbertowski w tonie, bardzo mocny w porównaniu z pozostałymi książkami lubelskiej serii poetyckiej, choć przecież wszystkie mieściły się na przyzwoitym poziomie.

Do Unii przychodził bliski przyjaciel Krzysztofa, malarz Ryszard Lis, którego obrazy olejne, ciemne, monochromatyczne, robiły na mnie ogromne wrażenie. Kiedyś pomagałem Paczuskim malować mieszkanie. Biała farba z trudem pokrywała ciemne uprzednio ściany. Wpadł Lis, którego wtedy nie znałem, i zajrzał do pobielanego przeze mnie pokoju. Stropiony chlapnąłem sobie ławkowcem w oko. „Lepiej w oczy niż poza oczy” – z powagą skomentował malarz.

Do stolika przysiadali się moi koledzy z liceum, Jarek Salamonowicz i Jacek Szumielewicz. Przybywały też anonimowe miłośniczki poezji. Nie zaglądał tam za to inny wielki przyjaciel Paczuskiego, wybitny prozaik Bogdan Madej, autor słynnej Maści na szczury. Z jakichś powodów Madej omijał Unię szerokim łukiem i nawet później, w ostatniej dekadzie poprzedniego i pierwszych latach obecnego wieku, gdy poznałem go bliżej i umawialiśmy się w kawiarniach, nigdy nie proponował tam spotkania.

W latach dziewięćdziesiątych zawitały do stolika nowe postaci. Z Francji powrócił Jacek Giszczak w skórzanej marynarce, wtedy poeta i początkujący tłumacz, autor wiersza Gumki piją, dziś prozaik i wzięty translator literatury francuskojęzycznej (Cendrarsa, Geneta, Houellebecqa, Mabanckou). Przychodził Jacek Rużyłło (nie jestem pewien ortografii), Juliusz Gałkowski i kilka innych osób, których twarze mam przed oczami, lecz nazwisk nie mogę odnaleźć w pamięci.

Orbisowski hotel, najszykowniejszy w mieście, zagraniczna klientela. Żartowało się, że ta kawiarnia jest wierzchołkiem trójkąta bermudzkiego: Unia, KUL, Komitet Wojewódzki PZPR. Unia była elegancka, zdecydowanie ekskluzywna, co nie znaczy, że wolna od cinkciarzy, prostytutek, ubeków. Dlaczego akurat tam znalazł przystań poeta? Widocznie coś było w tym miejscu. Pamiętam, że gdy przyjechał do Lublina Marek Nowakowski, też zaprosiliśmy go do Unii, ale to już było po komunie.

Przez wszystkie te lata Krzysztof siadał przy stoliku w Unii niemal codziennie, po jedenastej, bliżej południa, przeważnie z Marzeną, która wkrótce została jego żoną. Charakterystyczna, w słońcu nieco rudziejąca, starannie przycięta broda, obfita lwia czupryna ciemnych włosów, bystre oczy o przeszywającym spojrzeniu za szkłami oprawionych delikatnym złotem okularów. Brązowa marynarka tweedowa, ciemna koszula. Za plecami, na oparciu krzesła wisiała wysłużona skórzana torba na ramię. Mieściła tomik wierszy, który zawsze można było podarować komuś z dedykacją.

Zamawiał małą kawę z ekspresu, którą parzono tam wyśmienicie, nie tylko na tle peerelowskiej tandety, i wodę mineralną, podawaną wówczas w szklanych, ćwierćlitrowych butelkach. Do kawiarni, zawsze pełnej ludzi, trzeba się było wspiąć po kręconych ażurowych schodkach. Goście wyłaniali się jak z podziemi. Krzysiek siadał w ten sposób, by obserwować wchodzących. Mówi się dziś, że za czasów peerelu kawiarnie pełniły rolę klubów dyskusyjnych, stowarzyszeń, nieistniejących oficjalnie partii politycznych. Unia była tym wszystkim po trosze. Ten stolik stał się instytucją wolnego słowa, a on go nazywał po prostu biurem.

O czym się rozmawiało? Jak to w kawiarni, o wszystkim. W pewnych okresach głównie o polityce i o tym, co nakłamali we wczorajszym dzienniku, a kogo przymknęli na cztery osiem. Kiedy indziej o nowych książkach, czasopismach, recenzjach. Plotkowało się o znajomych, o kobietach… Niewielu potrafiło czy chciało górować nad dowcipem Krzysztofa, jego kalamburami. Przy swoim stoliku królował: śmieszył dowcipnymi puentami, zadziwiał skojarzeniami literackimi, erudycją, wrażliwością językową i poetycką. A wszystko to w sposób ściszony, dyskretny, bez epatowania swoją osobą.

Jeśli ktoś chce dokumentować lubelskie życie literackie, musi pamiętać, że jedną z jego instytucji był stolik Krzysztofa Paczuskiego w Unii.

4 komentarze

Filed under Lublin, Paczuski

Nieprzypadkowo

Przypadek zderzył w czasie dwie lektury: Cosmopolis Dona DeLillo i Rękę Flauberta Renaty Lis. I teraz mogę się zastanawiać, czy był to przypadek nieprzypadkowy.

Renata Lis prezentuje nam bowiem Flauberta – świadka narodzin cywilizacji finansowo-technicznej, zafascynowanego budzącą się nicością, będącego jej ofiarą i (jednak) współtwórcą.

DeLillo pokazuje zaś punkt dojścia procesu, którego zawiązki – jak przypomina autorka Ręki – obserwował i zapisywał w swej korespondencji i powieściach Gustave Flaubert. A punktem tym jest Cosmopolis, miasto finansowego obłędu, szaleństwa społecznego i politycznego, seksualnego maniactwa, miasto oblężone, w którym rządzi szczur, technologii nikt nie rozumie, a sztuka rzuca się swym czynnym i biernym odbiorcom do gardeł. Przed człowiekiem nie widać już żadnego celu.

Czy chcemy żyć w Cosmopolis? Tak! Czy chcemy się wyrwać z oblężenia? Nie! Czy jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, co powstanie po zburzeniu tego miasta? Nie jesteśmy w stanie. Nikt tego nie wie.

Dodaj komentarz

Filed under DeLillo, Flaubert, literatura obca, literatura polska