Stolik Paczuskiego

Wszystko (a tak tego niewiele), co można znaleźć o Krzysztofie w internecie, wydaje się bezduszne, kancelaryjne. Poezja zatrzaśnięta w kilku formułach, życie podcięte ostrą kreską wzmianki o chorobie i śmierci. Nie do wiary, że nikt z Lublina nie wspomniał nawet o stoliku w Unii. A ileż osób przewinęło się przez ten stolik! Ile znajomości miało tu początek! Nie bywałem tam często, ale na tyle, by za pośrednictwem owego stolika poznać połowę lubelskiej bohemy. Spróbujmy sobie przypomnieć.

Ze środowiska „Spotkań” bywał Zdzisław Bradel. Znałem go najbliżej, zdarzyło mi się nawet nocować w jego domu rodzinnym w Gdańsku. Zdzich, sympatyczny wysoki blondyn o spokojnym temperamencie, pojawiał się przy stoliku rzadko, ale na długo można go było zapamiętać. Do prowincjonalnego Lublina przywoził wieści „ze świata”, których nie dałoby się wyczytać z gazet, i był sugestywny w snutych wizjach politycznych.
Raz czy dwa razy spotkałem Janusza Krupskiego, ale nie zdołałem go bliżej poznać. Został potem wiceprezesem IPN i zginął w katastrofie smoleńskiej.

Największe zamieszanie sprawiał poeta Olek Rozenfeld, głośny, krzykliwy, tubalnym śmiechem i wonnym dymem fajkowym wypełniający całe wnętrze kawiarni. Można się było przestraszyć. Lubił robić wrażenie na młodszych od siebie, pokazywał szpalty gazet i czasopism zadrukowane swoimi wierszami. W dziedzinie zwracania na siebie uwagi zaraz po nim sytuował się wówczas, na przełomie lat 70. i 80., Tadeusz Cugow-Kwiatkowski. Gdy chciał do czegoś przekonać, łapał za rękę, a dłoń miał potężną. Jego wiersze, pisane szeroką, romantyczną frazą, czytałem z przejęciem, zawsze słysząc w nich głos poety, niski i ciepły.

Bywało u tego stołu środowisko poetyckie rodzącego się „Akcentu”: przedsiębiorczy Bogusław Wróblewski, który nie musiał zwoływać osobnego zebrania redakcji, bo wszystkich tu miał pod ręką, pozornie ospały, lecz błyskający raptownym dowcipem Dominik Opolski, spotykałem Jana Krzysztofa Miśca, Janusza Klimeckiego, Waldemara Drasa, częściej chyba jego żonę. Przychodził Adam Kulik. Zdaje mi się, że widywałem też Bohdana Zadurę i Waldemara Michalskiego. Gdy zacząłem się tam pojawiać, w roku 1978 lub 79, w oparach extra mocnych, caro i carmenów, Krzysztof triumfował właśnie po ukazaniu się debiutanckiej książki Polonez z różą w gardle. Mówiło się o tym tomiku. Był herbertowski w tonie, bardzo mocny w porównaniu z pozostałymi książkami lubelskiej serii poetyckiej, choć przecież wszystkie mieściły się na przyzwoitym poziomie.

Do Unii przychodził bliski przyjaciel Krzysztofa, malarz Ryszard Lis, którego obrazy olejne, ciemne, monochromatyczne, robiły na mnie ogromne wrażenie. Kiedyś pomagałem Paczuskim malować mieszkanie. Biała farba z trudem pokrywała ciemne uprzednio ściany. Wpadł Lis, którego wtedy nie znałem, i zajrzał do pobielanego przeze mnie pokoju. Stropiony chlapnąłem sobie ławkowcem w oko. „Lepiej w oczy niż poza oczy” – z powagą skomentował malarz.

Do stolika przysiadali się moi koledzy z liceum, Jarek Salamonowicz i Jacek Szumielewicz. Przybywały też anonimowe miłośniczki poezji. Nie zaglądał tam za to inny wielki przyjaciel Paczuskiego, wybitny prozaik Bogdan Madej, autor słynnej Maści na szczury. Z jakichś powodów Madej omijał Unię szerokim łukiem i nawet później, w ostatniej dekadzie poprzedniego i pierwszych latach obecnego wieku, gdy poznałem go bliżej i umawialiśmy się w kawiarniach, nigdy nie proponował tam spotkania.

W latach dziewięćdziesiątych zawitały do stolika nowe postaci. Z Francji powrócił Jacek Giszczak w skórzanej marynarce, wtedy poeta i początkujący tłumacz, autor wiersza Gumki piją, dziś prozaik i wzięty translator literatury francuskojęzycznej (Cendrarsa, Geneta, Houellebecqa, Mabanckou). Przychodził Jacek Rużyłło (nie jestem pewien ortografii), Juliusz Gałkowski i kilka innych osób, których twarze mam przed oczami, lecz nazwisk nie mogę odnaleźć w pamięci.

Orbisowski hotel, najszykowniejszy w mieście, zagraniczna klientela. Żartowało się, że ta kawiarnia jest wierzchołkiem trójkąta bermudzkiego: Unia, KUL, Komitet Wojewódzki PZPR. Unia była elegancka, zdecydowanie ekskluzywna, co nie znaczy, że wolna od cinkciarzy, prostytutek, ubeków. Dlaczego akurat tam znalazł przystań poeta? Widocznie coś było w tym miejscu. Pamiętam, że gdy przyjechał do Lublina Marek Nowakowski, też zaprosiliśmy go do Unii, ale to już było po komunie.

Przez wszystkie te lata Krzysztof siadał przy stoliku w Unii niemal codziennie, po jedenastej, bliżej południa, przeważnie z Marzeną, która wkrótce została jego żoną. Charakterystyczna, w słońcu nieco rudziejąca, starannie przycięta broda, obfita lwia czupryna ciemnych włosów, bystre oczy o przeszywającym spojrzeniu za szkłami oprawionych delikatnym złotem okularów. Brązowa marynarka tweedowa, ciemna koszula. Za plecami, na oparciu krzesła wisiała wysłużona skórzana torba na ramię. Mieściła tomik wierszy, który zawsze można było podarować komuś z dedykacją.

Zamawiał małą kawę z ekspresu, którą parzono tam wyśmienicie, nie tylko na tle peerelowskiej tandety, i wodę mineralną, podawaną wówczas w szklanych, ćwierćlitrowych butelkach. Do kawiarni, zawsze pełnej ludzi, trzeba się było wspiąć po kręconych ażurowych schodkach. Goście wyłaniali się jak z podziemi. Krzysiek siadał w ten sposób, by obserwować wchodzących. Mówi się dziś, że za czasów peerelu kawiarnie pełniły rolę klubów dyskusyjnych, stowarzyszeń, nieistniejących oficjalnie partii politycznych. Unia była tym wszystkim po trosze. Ten stolik stał się instytucją wolnego słowa, a on go nazywał po prostu biurem.

O czym się rozmawiało? Jak to w kawiarni, o wszystkim. W pewnych okresach głównie o polityce i o tym, co nakłamali we wczorajszym dzienniku, a kogo przymknęli na cztery osiem. Kiedy indziej o nowych książkach, czasopismach, recenzjach. Plotkowało się o znajomych, o kobietach… Niewielu potrafiło czy chciało górować nad dowcipem Krzysztofa, jego kalamburami. Przy swoim stoliku królował: śmieszył dowcipnymi puentami, zadziwiał skojarzeniami literackimi, erudycją, wrażliwością językową i poetycką. A wszystko to w sposób ściszony, dyskretny, bez epatowania swoją osobą.

Jeśli ktoś chce dokumentować lubelskie życie literackie, musi pamiętać, że jedną z jego instytucji był stolik Krzysztofa Paczuskiego w Unii.

Reklamy

4 Komentarze

Filed under Lublin, Paczuski

4 responses to “Stolik Paczuskiego

  1. Dzięki za ten tekst, Unia jak żywa. Krzysiek palił extra mocne bez filtra, a torba była wysłużona żółta, ze sklepu myśliwskiego:) i pełna rękopisów…

  2. Bardzo ciepły tekst o Krzysztofie. Należał mu się. Trudno Go zapomnieć – zwłaszcza Jego sonety, wydaje się z taką lekkością pisane. Znaliśmy się od czasów słynnego wojew. konkursu literackiego dla licealistów w roku 1973 (?) Za szybko odszedł „w obłoki”.

  3. Dara/Starsza

    Jak zamknęli Unię a Krzysztof jeszcze był w Lublinie siadywał w takiej kawiarence z tyłu… I tam też kłębiły się wokół niego tłumy.
    Czasami z nim jeszcze rozmawiam…

  4. Przymierzał się do fajki, ale pozostał przy extra mocnych (które często nazywał emersonami), tak jak o tym wspomniał już Jacek. Na zajęciach z poetyki napisaliśmy parę sonetów „na cztery ręce” Lubił tę zabawę i często mnie do niej zapraszał.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s