Monthly Archives: Październik 2012

Nie tylko o słowach

Język stał się we współczesnej refleksji o literaturze fetyszem. Fetyszystów języka mamy już u nas legion. Język ponad wszystko, język najważniejszy – krzyczą – poza językiem nic się nie liczy. Nieważne, o czym jest utwór, jaki świat kreuje, bo światem literatury jest język i basta. Powstają więc kolejne powieści o niczym, byle tylko wynalazcze językowo, stylizowane na taką czy inną gwarę, przyprawione dosadnym słowem z rynsztoka i mową-trawą z reklamy. A wtedy zachwyty nad słuchem językowym autora, nad jego lingwistycznym wyczuleniem nie mają końca. Ach cóż za styl! Po co ten styl? Dla stylu.

Każdy, kto pisze, wie doskonale, że problemy językowe literatury to coś znacznie głębszego, złożonego i wielowarstwowego, coś, o czym niewielkie pojęcie mają mądrzący się o książkach publicyści. Dopiero ten kto pisze, i nie ucieka w język zgrywy, w naśladownictwo, w zasysanie śmieciowej mowy reklamowo-medialnej, a więc ten, który nie ułatwia sobie zadania, ma szansę poznać, czym jest praca w języku. Bo tylko on tworzy język własny. Owszem, niepozbawiony wpływów, bo nie ma języków czystych, ale własny.

Otwieram książkę z rozmowami Janiny Koźbiel. Wywiad z Wiesławem Myśliwskim. Czytam. I co? Język, język, język. Literaturę od nie-literatury odróżnia język. Na szczęście dalej pisarz sam sobie zaprzecza, a jeśli nie do końca, to przynajmniej poszerza swoją definicję literatury. Mówi, że pisze obrazami, że tworzy między nimi związki emocjonalne tak, jak to się robi budując formy muzyczne.

„Słowo nie ma mocy” – mówi w tej samej książce Magdalena Tulli. „Ma ją tylko obraz, sekwencja obrazów”. I cały bym się z tym zgodził, lecz po chwili stwierdzam, że pisarka nie ma racji. Jesteśmy dzisiaj świadkami sukcesu literatury epatującej słowem, zasłaniającej nim kreowany świat. W przypadku niektórych pisarzy język staje się ogonem, który macha psem.

Ale czytając rozmowę z Magdaleną Tulli (jedną z najciekawszych w tym tomie), oddycham z ulgą: a więc nie tylko język! Także narracja z jej różnorodnością punktów widzenia, autonomia świata przedstawionego w stosunku do własnego świata czytelnika, wykreowana przestrzeń, wbudowana w tekst wyobraźnia… Tyle jest elementów, które odróżniają literaturę od innych tekstów i tylko częściowo zależą od języka, albo wcale mu nie podlegają. „Mnie świat interesuje bardziej niż język” – mówi Tulli. Odczepmyż się wreszcie od tego języka!

Janina Koźbiel, dziennikarka i redaktorka, rozmawia z pisarzami nie tylko o języku. Z poety Wojciecha Kassa wyciąga historię o tym, jak to się stało, że zamieszkał w leśniczówce Pranie. Tomasza Białkowskiego indaguje o wrażenia z lektury Houellebecqa i skłania do szczegółowej interpretacji własnej powieści. Rozmowa z Magdaleną Tulli zaczyna się od ostrego sporu o możliwość odczytania osobowości autora na podstawie jego tekstów i sporem pozostaje do końca. Dorota Masłowska opowiada jak wyszła z dawnej skóry, stała się krytyczna wobec tego, co pisała dotąd, straciła przekonanie do dawnego języka. Piotr Ibrahim Kalwas pokazuje się w trzech rozmowach jako pisarz rozdwojony. Boleśnie przeżywa kryzys kultury Zachodu, ale zamiast stanąć po stronie tych jej pierwiastków, które obiecują odrodzenie, ucieka z Europy w rejony potęgujące jego samotność.

Dzięki dociekliwości autorki tych rozmów, dzięki jej erudycji i własnym, wnikliwym interpretacjom utworów, zderzanym z opiniami samych autorów, wyszła z tego pasjonująca książka.

Słowa i światy. Rozmowy Janiny Koźbiel, Wydawnictwo JanKa, Pruszków 2012.

Dodaj komentarz

Filed under literatura polska, Wydawnictwo JanKa

Hanemann czarodziej

Dlaczego profesor Hanemann nie poszedł na wojnę? Czy ktoś o to zapytał? Pod ręką mam jedynie kilka recenzji tej książki, pisanych w 1995 roku, gdy się ukazała, i garść omówień internetowych, lecz widzę, że żaden autor nie obrał takiego kierunku interpretacji, jaki mi się nasuwa. Choć w jednym artykule czytam o „niemal ahistorycznym tle” w powieści, więc ciepło, ciepło. Może już to odkryto, ale jeśli nawet wyważam drzwi otwarte, nie szkodzi. Przyjmijmy, że było to ćwiczenie.

Zapytam więc, jak to się stało, że zdrowego, silnego mężczyznę widzimy w Gdańsku jako cywila, w marcu 1945 roku, pośród uciekającej przed sowiecką armią ludności niemieckiej. Przecież – jeśli nie od początku wojny, to na pewno pod jej koniec – powinien być zmobilizowany i wysłany na front. Brano wszak do wojska dzieci i staruszków, pamiętamy że zmobilizowano szesnastoletniego Grassa. Do dziś się zdarza, że anatomowie przerzucają się na specjalizację chirurgiczną, w warunkach frontowych Hanemann z powodzeniem mógłby służyć jako lekarz.

Inne pytanie. Dlaczego w tej książce nie znajdziemy doświadczeń wojennych rodziców narratora, tej cudownej pary, Mamy i Taty, pisanych wielką literą, pary, która wprowadzając się na Grottgera 17, ratuje Hanemanna przed szabrownikami? Co z przeżyciami z powstania warszawskiego, z wędrówki między zburzoną Warszawą a Gdańskiem?

I jeszcze jedno. Cóż to za dziwny zabieg: pisana wielką literą Mama pojawia się na pierwszej stronie książki, w rozdziale zatytułowanym Czternasty sierpnia, który opowiada o czasach przedwojennych, gdy Mamy nie było w Gdańsku. Z kolei kiedy tam przybyła, zabrakło już państwa Steinów, pana Kohla, o których w tym rozdziale mowa. Autorska niekonsekwencja? Bynajmniej.

Ale bo też w tekstach poświęconych powieści Stefana Chwina, które mam pod ręką, nie zajęto się dostatecznie problemem narracji. Narrator rozpływający się w bezosobowości, w pewnych partiach książki staje się narratorem personalnym – Piotrem, polskim chłopcem w wieku lat kilkunastu. To na pewno każdy widzi. Nie dostrzeżono jednak, że taka właśnie narracja rozpoczyna powieść, personalna, z odwołaniem do wiedzy Mamy, czyli narracja Piotra. Jakże on może opowiadać przedwojenne zdarzenia, skoro nie było go wtedy na świecie?

I tu dochodzimy do tezy. Hanemann nie istnieje, jest projekcją Piotra, jego wyobrażeniem, Karlssonem z dachu, Waiserem Dawidkiem. Osobą wymyśloną? Może niezupełnie. Być może przed wojną w domu na Lessingstrasse 17 mieszkał profesor anatomii o tym nazwisku, został zmobilizowany i zginął na froncie wschodnim, popełnił samobójstwo po stracie ukochanej albo też wsiadł na pokład liniowca „Bernhoff” i wraz z innymi uciekinierami z Danzig zatonął u wybrzeży wyspy Bornholm, nie dopłynąwszy do Hamburga. Pozostało po nim mieszkanie, atlas anatomii, zbiór listów Kleista w zielonym płótnie, zdjęcie młodej kobiety na molo w Jelitkowie, porcelana. To rodzice zabrali tych kilka bibelotów z pustego mieszkania na górze. Pozostał też pan J., który czasami przychodzi na kawę i opowiada o osobliwym profesorze. I wyobraźnia wrażliwego chłopca z głębi Polski, który na własną rękę odkrywa dziwną historię Gdańska, zdejmuje małą figurkę profesora z pokładu statku, który pójdzie na dno. Każe mu wrócić po walizkę, potem pozostać na nabrzeżu pod ostrzałem, wreszcie znaleźć się w mieszkaniu, gdy przybędą Mama i Tata. Wyobraźnia Piotra każe ojcu chwycić stalowy pręt i podnieść go na rabusiów.

„Ty się w nic nie angażuj” – mówił przed laty do Stafana Chwina ojciec. Pisarz opowiadał o tym w Lublinie 9 października tego roku na spotkaniu w Starym Teatrze. Poświęcone było literaturze zaangażowanej. A ja – wyznał Chwin – jako dziecko, marzyłem o tym, żeby mój ojciec był bohaterem. I wyobraźnia pisarza stworzyła Piotra, a jego wyobraźnia wykreowała z kolei dobrego Niemca, człowieka wrażliwego i kulturalnego, nietkniętego przez hitleryzm, pomocnego ludziom, wspaniałego nauczyciela i czułego kochanka. Niemca, który będzie przeciwieństwem tego wszystkiego, co o jego narodzie musiano w Polsce mówić po tej strasznej wojnie. Pod skrzydłami Hanemanna Piotr kryje się przed złem, w nim odnajduje to, czego nie dostaje ojcu.

Co wiemy o Hanemannie? Wiek, wygląd? Nie, to pozostaje tajemnicą. Ależ to podstawowe atrybuty postaci literackiej, a Hanemann jest głównym bohaterem. Był wysoki i miał duże dłonie. Może coś jeszcze mi umknęło. Tak niewiele się dowiemy o fizyczności profesora, bo jest ona metafizycznością. Żyjący w świecie własnych fantasmagorii chłopiec ulepił go z faktury dotykanych przedmiotów, ze starych fotografii, monogramów na pościeli, uskładał go z pozostawionych w biblioteczkach książek i sztychów, z płatków róży między prześcieradłami. I z własnej osobowości, z siebie samego. Bo warto zauważyć, że Hanemann to sobowtór Piotra; różnica wieku, narodowości, doświadczeń, a ileż podobieństw! Piotr próbuje się utożsamiać ze swoim idolem, nawet miłość do dziewczyny przeżywa odwołując się do kontekstu kultury niemieckiej, którą wpoił mu nauczyciel.

Hanemann wszystko wie, wszystko umie, ze wszystkim sobie poradzi, ratuje swoich ziomków w porcie podczas ewakuacji i Hankę, gdy ta próbuje się otruć, zna język migowy i język polski, twardo przeciwstawi się ubekowi. Jest bohaterem dziecięcych marzeń, czarodziejem, supermanem. Nie jest postacią „z krwi i kości”, lecz marzeniem, może alegorią dobrego Niemca, który nie ma nic wspólnego z niemiecką fabryką zbrodni. Bohaterem przenoszącym chłopca w inny świat, jak robi to madamme z powieści Antoniego Libery, jak Weiser Dawidek z książki Pawła Huelle. Na koniec, gdy Hanka i Adam muszą uciekać, Piotr przydziela im do opieki swojego czarodzieja. Przy jego boku nie zginą.

Hanemann nie jest więc powieścią o gdańskim profesorze anatomii, który po śmierci ukochanej przeżywa kryzys, staje się świadkiem zagłady niemieckiego Gdańska itd. Jest za to powieścią o polskim chłopcu, który przywędrował do zdobytego przez Rosjan Gdańska w brzuchu matki. Kiedy podrósł, Niemców nie zastał, ale znalazł ich ślady, piękne ślady, a przede wszystkim od dziecka nasłuchał się o nich, ich zbrodniach i złu, które wyrządzili, i nie potrafił tego poskładać. Dopiero wyobraźnia podsunęła mu rozwiązanie.

Dodaj komentarz

Filed under Chwin, literatura polska

Siła przekonywania, czyli sztuka pisania

Zaskoczeniem było dla mnie to, co pisarz uznał za najważniejsze w literaturze: siła przekonywania. Llosa, lekceważąc wszystkie modne i wpływowe trendy, mówi o literaturze rzeczy ważne, choć nie nowe. Ogląda się na czytelnika, szuka z nim porozumienia, czeka na jego reakcję. Siła przekonywania. Powieść ma tę siłę, gdy odwołuje się do przeżyć bohaterów i daje czytelnikowi złudzenie autonomii zdarzeń w stosunku do jego własnego świata – powiada autor Rozmowy w „Katedrze”. Tak się zwykło mówić o literaturze popularnej, ale w obiegu wysokoartystycznym… Niejeden czytelnik wpadnie w oburzenie.

Dalej następują rozdziały o stylu, narracji, przestrzeni i czasie oraz kilku wyróżnionych przez pisarza chwytach formalnych, rozdziały o materii jasno wyłożonej, zawierające kilka oryginalnych koncepcji pisarza i kilkanaście dobrych rad dla młodego adepta tej sztuki. Lecz kwestia siły przekonywania patronuje im wszystkim.

Rzecz zaczyna się jednak od czegoś innego. Od wyznania pisarskiego credo Llosy: że literatura jest powołaniem, losem, służbą, wymaga niewolniczego oddania. „Ten, kto to piękne i zaborcze powołanie przyjął za swoje, nie pisze, aby żyć, lecz żyje, aby pisać” – powtarza za Flaubertem. Twórczość literacka to sposób życia, a kreowanie fikcyjnych światów jest formą buntu przeciwko zastanej rzeczywistości.

Irytuje mnie natomiast koncepcja formalna tej książki: listy do młodego przyjaciela. Formę tę odrabia Llosa jak pańszczyznę: zdawkowo i oficjalnie. Nie służy mu ona do czegokolwiek poza uzasadnieniem tytułu, nie staje się pretekstem do refleksji osobistych, których pisarz unika tu jak ognia. Osobistych jest może tylko kilka ocen ulubionych książek, np. Krótkiego życia Juana Carlosa Onettiego, o której pisze jako wspaniałej, jednej z najbardziej wnikliwych i najlepiej napisanych książek, jakie powstały w języku hiszpańskim. Innym razem zdradza, że za najlepszą powieść Hemingway’a uważa Słońce też wschodzi. Ale poza tym uderzające jest, że Llosa – podjąwszy się napisania takiego „poradnika” – nie ujawnia elementów własnego warsztatu, powołując zawsze przykłady z powieści innych pisarzy, nigdy z własnych. Listy owe wyprane są także z wszelkiego autobiografizmu, zawieszone w bezczasie i w abstrakcyjnej przestrzeni. Krótko mówiąc są pustą konwencją. Dlaczego pisarz tak świadomy formy robi coś takiego?

Książka ta jest poniekąd mini-podręcznikiem teorii literatury, subiektywnym, o ile taki może być podręcznik, lecz poukładanym i spójnym. Jako że wyszła spod pióra pisarza, nie pozostaje na poziomie teoretycznym, lecz odnosi się wprost do praktyki pisarskiej. I na tym może polegać siła jej oddziaływania.

Mario Vargas Llosa, Listy do młodego pisarza, tłum. Marta Szafrańska-Brandt, Kraków 2012.

Dodaj komentarz

Filed under literatura obca, Llosa, sztuka pisania