Monthly Archives: Czerwiec 2014

Mirosław Tomaszewski – „Marynarka”

IMG_00582Współczesna powieść sensacyjna „z Grudniem ’70 w tle”, której akcja toczy się na ulicach Trójmiasta. Zajrzyjmy więc do wnętrza, gdzie „tyle różnych spraw nawarstwia się i spiętrza”.

Akcja powieści rozpoczyna się w dniu śmierci Jana Pawła II, a dzień ten czyni autor cezurą dwóch epok: epoki przeszłej, w której wspólnota walczyła o dobro publiczne, tak jak w Grudniu ’70 czy w Sierpniu ’80, kierując się wartościami, i epoki dzisiejszej, gdy w procesie imitacji społeczeństwo upodobniło się do bezideowej masy rodem z liberalnych utopii.

Świat społeczny w tej powieści to świat po przemianie, która sprawiła, że nie tylko przedsiębiorcy, lecz także wszyscy ich akolici prezentują mentalność drobnokapitalistyczną. Przedstawiona przez Tomaszewskiego zbiorowość – biznesmeni, dziennikarze, dostojnicy kościelni, artyści – składa się z drobnych cwaniaczków, załatwiających swoje małe geszefty. Nawet „emerytowany punk”, który do czterdziestki żył niemal jak włóczęga, teraz sprzedaje duszę. Mamy więc na poły zwierzęcy świat samców, których celem jest wspiąć się na samicę, i świat samic, marzących o usidleniu najdorodniejszego samca. Głównym celem człowieka staje się dominacja nad innymi. Darwinowskie realia marginalizują duchowość, a religijność odbierana jest w tym świecie jako dziwactwo.

Jaki sens ma historia robotniczego protestu z Grudnia 1970 w Gdyni wciśnięta w przemienioną rzeczywistość nagiej siły, zarządzającej ludzkim społeczeństwem metodą kija i marchewki, pieniądza i seksu? Zdaje się, że to właśnie jest główne pytanie, które stawia sobie i nam autor książki. Założony przez bogatego przedsiębiorcę skansen imitujący więzienną rzeczywistość PRL pokazuje sztuczność i groteskowość takich odtworzeń, a próba zapisania tragicznej przeszłości w reportażu pali na panewce. Wszystko to przez nieczystość intencji i cynizm racji leżących u podstaw prób opisania grudniowego protestu. Powieść zdaje się mówić, że wciąż nie dojrzeliśmy do prawdy.

Czystość takiego przesłania zmącona zostaje przez szereg autorskich zabiegów relatywizujących. Tomaszewski z jakichś powodów rozmywa wyrazistość bohaterów, cieniuje – mógłby ktoś powiedzieć – a nawet ironicznie odwraca bieguny. Świadkowie historii okazują się mało wiarygodni, naznaczeni piętnem cierpienia, które mąci umysł, ogarnięci obsesjami. To ludzie starzy, niesprawni, pogubieni lub naiwni. Oprawcy zaś zdają się nader wysublimowani moralnie, zbytnio przeżywają swoje czyny, do końca życia i za wszelką cenę próbując zrzucić ich ciężar. Ubek bierze sobie do serca pogardę wdowy po zamordowanym stoczniowcu, która nie chce przyjąć pieniędzy z rąk oprawcy. Postawa podoficera, który kazał strzelać do tłumu, zostaje umotywowana, wyjaśniona i właściwie… rozgrzeszona. Wygląda na to, że zabrakło jedynie wybaczenia. Ale kto byłby do niego zdolny, skoro istnieje tak wielka dysproporcja zdolności do refleksji między katami i rodzinami ofiar?

Ponieważ jednak wina ówczesnych sprawców wciąż pozostaje w dzisiejszych realiach kwestią polityczną, nie wyłącznie historyczną, moralną i prawną, a Tomaszewski w politykę się nie miesza, problem zatrzymuje się na pułapie plutonowego, co pozostawia w czytelniku niedosyt. Doskonale wiemy bowiem, że sprawy zbrodni komunistycznych nie da się rozwiązać, oskarżając bezpośrednich wykonawców, nawet tak subtelnych jak ten z powieści. Przy końcu Tomaszewski sugeruje wprawdzie, jak powinno było wyglądać odejście winnych, gdyby mieli oni honor, ale z kolei pochowanie samobójcy obok jego ofiary staje się smutnym symbolem nierealności oczyszczenia.

Spośród wielu bohaterów zdarzeń powieściowych na czoło wysuwa się Adam, niegdyś punk, buntujący się przeciwko systemowi, dziś barman i didżej zbuntowany przeciwko złym gustom muzycznym przesiadującej w barach młodzieży, a swe zagubienie pokrywający cynizmem. Tomaszewski pokazuje go w przełomowym momencie, podobnie jak inne postaci. Adam łączy czasy PRL-u z dniem dzisiejszym nie tylko poprzez koleje biografii, które sprawiły, że wówczas był kimś, dziś został nikim. Jest synem poległego w Grudniu robotnika i odkrywanie historii ojca nadaje nowy sens jego życiu. Na przykładzie postaci Adama warto prześledzić bankructwo ideologii zapomnienia, bałamutnych nawoływań w rodzaju „zostawmy historię historykom”.

W świecie tej powieści, jak się rzekło, nie istnieje warstwa polityczna, dlatego też na szczycie drabiny społecznej plasuje się przedsiębiorca. Tomaszewski kreuje optymistyczną wizję niczym nieskrępowanej działalności gospodarczej, napiętnowanej wprawdzie złem moralnym, lecz wolnej od politycznych uwikłań, nacisków, korupcji. Nie ma tu korumpujących biznes polityków, którzy uzależniają od siebie ludzi interesu i spychają państwo w przepaść. To kolejna kłująca w oczy odchyłka od realiów naszego kraju. Chyba że przyczyną niezależności Karola może być jego związek z WSI…

Ale czy od sensacyjnej powieści popularnej, skoncentrowanej na konflikcie między dwoma mężczyznami, z których jeden ma wszystko, drugi nie ma nic, mamy oczekiwać ścisłego przylegania do rzeczywistości? Oczywiście nie. Otrzymujemy opowieść, z której wynika, że historia jest ważna, kształtuje nas i określa. I to nam powinno wystarczyć. Dostajemy też burzliwy romans z wplecionymi zgrabnie motywami morskimi i muzycznymi (w książce rządzi muzyka rockowa!), a przywoływana wielokrotnie topografia Gdańska, Gdyni i Sopotu zachęca tych, którzy tam dawno nie byli do odwiedzin Trójmiasta.

Reklamy

1 komentarz

Filed under książki, literatura polska, powieści

Witajcie w Afryce

Poczułem się w ostatnich dniach jak obywatel państwa afrykańskiego. Pękła z trzaskiem fasada, odsłaniając grupę bezwzględnych cyników, dla których dobro publiczne nie istnieje nawet na dalekim planie. Nie słyszeli o nim. A przy tym to uderzające chamstwo językowe facetów w drogich garniturach, prymitywów, którzy przed kamerami grają role ludzi cywilizowanych.

Dodaj komentarz

Filed under język polski

„Akcent” z recenzją „Studni”

akcent2.14 W najnowszym zeszycie kwartalnika „Akcent” Przemysław Kaliszuk pisze o Studni.

„A może jednak „życie jest gdzie indziej” – poza sensacyjnymi przedstawieniami, niby-reportażowymi relacjami, pseudorealistycznymi serialami obyczajowymi? W Studni można dostrzec ten kunderowski trop. Grzegorzowi Filipowi bliska pozostaje wizja powieści zanurzonej w życiu, pulsującej jego rytmem, idacej w ślad za jego złożonością” – pisze krytyk.

Ładnie pisze, a jednak muszę łagodnie zaoponować. Kundera używa określenia „życie jest gdzie indziej” ironicznie. Jaromil wyobraża sobie, że prawdziwe życie to życie towarzyszy z bezpieczeństwa, męskich, twardych, autentycznych. Przypomnijmy, że bohater Kundery poczuje się mężczyzną wówczas, gdy zadenuncjuje swoją dziewczynę, jej brata i całą ich rodzinę. Mam tę powieść na świeżo, stąd glossa.

Dodaj komentarz

Filed under "Akcent", Grzegorz Filip, książki, literatura polska, powieści, Studnia, Wydawnictwo JanKa

Trzy godziny z Patem

Tak, niemal tyle czasu trwał sobotni (31 maja) warszawski koncert Pat Metheny Unity Group w Sali Kongresowej, kapitalny koncert, który trudno zapomnieć. Pat promuje nową płytę Kin, z jednej strony nawiązującą do najlepszych nagrań Pat Metheny Group z Lyle’em Maysem, z drugiej otwierającą nowy etap twórczy, do którego „rozpoznaniem” była grupa Unity Band. I temu właśnie nowemu materiałowi poświęcił muzyk środkową część koncertu, atrakcyjną wizualnie, wyeksponowaną, królującą.

Początek był inny. Grali w kwartecie: Metheny, Potter, Sanchez, Williams, grali muzykę bliższą jazzu, co uchwyciła i zaakceptowała publiczność, nagradzając brawami solówki i rozpoznawane tematy. Usłyszeliśmy utwory z wcześniejszych płyt (ale nie przeboje), nawet kompozycję z sesji Song X nagranej w 1985 roku z Ornette’em Colemanem. Dla bywalców koncertów Unity Band/Group nie było to może zaskoczeniem, ja musiałem się przyzwyczaić, że Patowi towarzyszy saksofonista. Chris Potter to muzyk znany może najlepiej z kwintetu Dave’a Hollanda, choć także leader własnego kwintetu z Craigiem Tabornem na fortepianie. Ciekawy wydaje się też jego kwartet Underground z Tabornem właśnie, z gitarzystą Adamem Rogersem i Nate’em Smithem na perkusji. W Warszawie Potter wpisał się bez reszty w ekspansywną stylistykę Metheny’ego, ale w jej ramach pokazał też indywidualny rys.

W drugiej części koncertu surowość wyparta została przez dźwiękowe rozpasanie, prostota ustąpiła miejsca bogactwu, muzyka nabrała gęstości. Na estradę wbiegł pianista i klawiszowiec Giulio Carmassi (w jednym utworze grał także na flugelhornie), na ekranach pojawiły się efekty wizualne. Unity Band przeobraził się w Unity Group. Jego brzmienie to krok do przodu w twórczości Pata Metheny’ego, same zaś kompozycje utrzymane zostały w dobrze znanym stylu (śpiewność tematów, teatralność kulminacji).

Publiczność nie miała najmniejszego zamiaru wypuścić muzyków z estrady po dwóch godzinach gry, a Pat się nie opierał. Jego zespół przygotowany jest perfekcyjnie na każdą okazję, także do bisowania. A więc najpierw efektowne duety gitarzysty z poszczególnymi muzykami (ambitne, przekraczające konwencję estradowej zabawy na bis). Najciekawsze z nich wydały mi się dwa: z Potterem i z Williamsem, fenomenalnym młodym basistą. Potem to, co wierni fani lubią najbardziej: stare szlagiery, pośród których nie zabrakło Are you going with me, a solówka Pata w tym utworze zabrzmiała nieprawdopodobnie poruszająco, chyba jeszcze lepiej niż na Travels. I właśnie w tych starych kompozycjach najbardziej brakowało mi fortepianu Maysa, jego lirycznej nuty. Giulio Carmassi nie próbował zastępować Lyle’a, w tej roli wystąpił natomiast Chris Potter, wypełniając puste miejsca solami na flecie. Za to wokalizy Carmassiego przypominały nieco te, którymi wzbogacał muzykę Pata Pedro Aznar.

Na koniec, już zupełnie sam na scenie, Pat Metheny przysiadł na krześle z gitarą klasyczną i stopą opartą na stopie, i zagrał wiązankę swoich standardów, pośród których rozpoznać można było Phase dance z pierwszej płyty Travels, jeden utwór z Wichity i temat z filmu The falcon and the snowman. Przetwarzał tematy, porzucał jeden dla drugiego, by po chwili wrócić z powrotem. Dla tych, którzy kupują ten typ wrażliwości, a więc dla słuchaczy wychowanych na jazzie, akceptujących elektronikę, która w pewnym momencie weszła do jazzu i przeobraziła go od środka, musiał to być wspaniały koncert. Miałem poczucie, że obcuję z wielkim artystą.

Dodaj komentarz

Filed under jazz