Mirosław Tomaszewski – „Marynarka”

IMG_00582Współczesna powieść sensacyjna „z Grudniem ’70 w tle”, której akcja toczy się na ulicach Trójmiasta. Zajrzyjmy więc do wnętrza, gdzie „tyle różnych spraw nawarstwia się i spiętrza”.

Akcja powieści rozpoczyna się w dniu śmierci Jana Pawła II, a dzień ten czyni autor cezurą dwóch epok: epoki przeszłej, w której wspólnota walczyła o dobro publiczne, tak jak w Grudniu ’70 czy w Sierpniu ’80, kierując się wartościami, i epoki dzisiejszej, gdy w procesie imitacji społeczeństwo upodobniło się do bezideowej masy rodem z liberalnych utopii.

Świat społeczny w tej powieści to świat po przemianie, która sprawiła, że nie tylko przedsiębiorcy, lecz także wszyscy ich akolici prezentują mentalność drobnokapitalistyczną. Przedstawiona przez Tomaszewskiego zbiorowość – biznesmeni, dziennikarze, dostojnicy kościelni, artyści – składa się z drobnych cwaniaczków, załatwiających swoje małe geszefty. Nawet „emerytowany punk”, który do czterdziestki żył niemal jak włóczęga, teraz sprzedaje duszę. Mamy więc na poły zwierzęcy świat samców, których celem jest wspiąć się na samicę, i świat samic, marzących o usidleniu najdorodniejszego samca. Głównym celem człowieka staje się dominacja nad innymi. Darwinowskie realia marginalizują duchowość, a religijność odbierana jest w tym świecie jako dziwactwo.

Jaki sens ma historia robotniczego protestu z Grudnia 1970 w Gdyni wciśnięta w przemienioną rzeczywistość nagiej siły, zarządzającej ludzkim społeczeństwem metodą kija i marchewki, pieniądza i seksu? Zdaje się, że to właśnie jest główne pytanie, które stawia sobie i nam autor książki. Założony przez bogatego przedsiębiorcę skansen imitujący więzienną rzeczywistość PRL pokazuje sztuczność i groteskowość takich odtworzeń, a próba zapisania tragicznej przeszłości w reportażu pali na panewce. Wszystko to przez nieczystość intencji i cynizm racji leżących u podstaw prób opisania grudniowego protestu. Powieść zdaje się mówić, że wciąż nie dojrzeliśmy do prawdy.

Czystość takiego przesłania zmącona zostaje przez szereg autorskich zabiegów relatywizujących. Tomaszewski z jakichś powodów rozmywa wyrazistość bohaterów, cieniuje – mógłby ktoś powiedzieć – a nawet ironicznie odwraca bieguny. Świadkowie historii okazują się mało wiarygodni, naznaczeni piętnem cierpienia, które mąci umysł, ogarnięci obsesjami. To ludzie starzy, niesprawni, pogubieni lub naiwni. Oprawcy zaś zdają się nader wysublimowani moralnie, zbytnio przeżywają swoje czyny, do końca życia i za wszelką cenę próbując zrzucić ich ciężar. Ubek bierze sobie do serca pogardę wdowy po zamordowanym stoczniowcu, która nie chce przyjąć pieniędzy z rąk oprawcy. Postawa podoficera, który kazał strzelać do tłumu, zostaje umotywowana, wyjaśniona i właściwie… rozgrzeszona. Wygląda na to, że zabrakło jedynie wybaczenia. Ale kto byłby do niego zdolny, skoro istnieje tak wielka dysproporcja zdolności do refleksji między katami i rodzinami ofiar?

Ponieważ jednak wina ówczesnych sprawców wciąż pozostaje w dzisiejszych realiach kwestią polityczną, nie wyłącznie historyczną, moralną i prawną, a Tomaszewski w politykę się nie miesza, problem zatrzymuje się na pułapie plutonowego, co pozostawia w czytelniku niedosyt. Doskonale wiemy bowiem, że sprawy zbrodni komunistycznych nie da się rozwiązać, oskarżając bezpośrednich wykonawców, nawet tak subtelnych jak ten z powieści. Przy końcu Tomaszewski sugeruje wprawdzie, jak powinno było wyglądać odejście winnych, gdyby mieli oni honor, ale z kolei pochowanie samobójcy obok jego ofiary staje się smutnym symbolem nierealności oczyszczenia.

Spośród wielu bohaterów zdarzeń powieściowych na czoło wysuwa się Adam, niegdyś punk, buntujący się przeciwko systemowi, dziś barman i didżej zbuntowany przeciwko złym gustom muzycznym przesiadującej w barach młodzieży, a swe zagubienie pokrywający cynizmem. Tomaszewski pokazuje go w przełomowym momencie, podobnie jak inne postaci. Adam łączy czasy PRL-u z dniem dzisiejszym nie tylko poprzez koleje biografii, które sprawiły, że wówczas był kimś, dziś został nikim. Jest synem poległego w Grudniu robotnika i odkrywanie historii ojca nadaje nowy sens jego życiu. Na przykładzie postaci Adama warto prześledzić bankructwo ideologii zapomnienia, bałamutnych nawoływań w rodzaju „zostawmy historię historykom”.

W świecie tej powieści, jak się rzekło, nie istnieje warstwa polityczna, dlatego też na szczycie drabiny społecznej plasuje się przedsiębiorca. Tomaszewski kreuje optymistyczną wizję niczym nieskrępowanej działalności gospodarczej, napiętnowanej wprawdzie złem moralnym, lecz wolnej od politycznych uwikłań, nacisków, korupcji. Nie ma tu korumpujących biznes polityków, którzy uzależniają od siebie ludzi interesu i spychają państwo w przepaść. To kolejna kłująca w oczy odchyłka od realiów naszego kraju. Chyba że przyczyną niezależności Karola może być jego związek z WSI…

Ale czy od sensacyjnej powieści popularnej, skoncentrowanej na konflikcie między dwoma mężczyznami, z których jeden ma wszystko, drugi nie ma nic, mamy oczekiwać ścisłego przylegania do rzeczywistości? Oczywiście nie. Otrzymujemy opowieść, z której wynika, że historia jest ważna, kształtuje nas i określa. I to nam powinno wystarczyć. Dostajemy też burzliwy romans z wplecionymi zgrabnie motywami morskimi i muzycznymi (w książce rządzi muzyka rockowa!), a przywoływana wielokrotnie topografia Gdańska, Gdyni i Sopotu zachęca tych, którzy tam dawno nie byli do odwiedzin Trójmiasta.

Advertisements

1 komentarz

Filed under książki, literatura polska, powieści

One response to “Mirosław Tomaszewski – „Marynarka”

  1. Dowiedziałem się własnie o uniewinnieniu Stanisława Kociołka.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s