Dziewiętnasta

Musiałem się zdrzemnąć po obiedzie, a kiedy się ocknąłem z książką na piersi, przy ostrym świetle lampy, płyta Frisella brzęczała natrętnie nad głową. W ogóle miła płyta, a teraz przykra. Ściszyłem. Budzik na półce z książkami pokazywał siódmą. Listopadowy wieczór, ciemno już od dawna, od paru godzin, ale siódma? Tyle czasu przespałem? Straciłem całe popołudnie? Szkoda dnia… Więc spałem od obiadu do kolacji? Gdzie się podział mój czas? Z niechęcią odłożyłem na bok książkę i usiadłem.

Wcale nie byłem głodny, zero ochoty na kolację, ale to może z tej złości. Żal za utraconym przebiła w jednej chwili błyskawica zwątpienia: zaraz, zaraz, to niemożliwe! Policzmy. O której wróciłem? Przed czwartą. Nie rozbierając się, wyskoczyłem jeszcze do sklepu, ale tylko na chwilę, nie było kolejki; o wpół do piątej musiałem być po obiedzie. Najpóźniej. Piwo! Po jedzeniu otworzyłem puszkę, stoi pusta. Piwo tak mnie ululało. Pół godziny? Ile można pić puszkę piwa? Pół godziny albo dłużej. To do piątej. Ale może piętnaście minut, to wtedy nie. Najwyżej do za piętnaście. Jeszcze chwilę czytałem leżąc, zanim przyciąłem komara, no i tak… Do siódmej. Półtorej godziny spałem albo jeszcze dłużej, prawie dwie. Szok! Pijąc, zacząłem czytać, czy dopiero po? Pijąc. Raczej pijąc. Z nikim nie rozmawiałem, do nikogo nie dzwoniłem, nie włączałem komputera. Siadłem i zacząłem czytać, a potem widocznie musiałem się z tą książką położyć, czego już nie pamiętałem.

Wyciągnąłem tego dnia antologię opowiadań, która od lata czekała na swoją kolej, bo zawsze było coś ciekawszego, i stertka rosła. Coś trzeba wreszcie zrobić z tymi książkami: antykwariat? biblioteka? Spakować i wynieść, ale które? Najsłabsze, co się już nie przydadzą, bo nie sięgnę po nie na pewno. Przynajmniej część. Ale pomazane, pełno notatek robionych z irytacji, że mizerna, wysilona, efekciarska, pusta. Bohater stworzony tylko po to, żeby sobie z niego pokpić. Odgrywać się na własnej postaci? To płaskie. I po co komu taki bohater? Pomazanych nie przyjmą, trzeba by wycierać. Szkoda wycierać, takie notatki mogą być kiedyś potrzebne. Kiedy? Do czego? Kiedy?! Przecież czas mi przecieka między palcami! Bałem się. Bałem się tego czasu, który wyczynia ze mną, co sam chce. Żałowałem, że najgorsze książki są najbardziej pomazane, bo akurat te najchętniej by wzięli. Za to inne, wspaniałe, arcydzielne – czyściutkie, bez skazy, ale tych nie oddam.

Antologia obsuwała się w kolejce, w końcu ją wziąłem. Pierwsze opowiadanie nudne tą niedobrą nudnością oczywiście, nie nudnością właściwą mistrzom. Nudne i zupełnie nie w moim typie. Pamiętam, że przy lekturze przyszła mi do głowy metoda rozprawienia się z tą antologią. Chciałem przeczytać najpierw te opowiadania, które należą do mojego świata, a potem dopiero resztę albo już tej reszty w ogóle nie, i pomyślałem, że ciekawe ile ich będzie, tych pierwszych. Czy w ogóle się znajdą? Wszystko to przeleciało przez głowę przy pierwszym opowiadaniu, które mnie nie wciągnęło i zaglądałem, ile jeszcze ma stron. Było długie. Głupi pomysł z tym wybieraniem, bo jak rozpoznam, co jest czym? – stwierdziłem, i czytałem dalej. Ile stron mogłem przeczytać przed snem? Książka leżała tak, jak ją zostawiłem zasypiając, masłem na dół, więc jak rozdeptany zegarek w starych kryminałach zatrzymała cenną informację. Sprawdziłem. Niewiele, osiem stron. Ile można czytać osiem stron nabitego druku w nieporęcznym, kwadratowym formacie? Dwadzieścia minut? Może tyle, może trochę dłużej. Nie czytam szybko. Więc jeśli dwadzieścia minut, to spałem prawie godzinę czterdzieści albo i dłużej. Spojrzałem na budzik, wciąż była dziewiętnasta. Tyle czasu straciłem na sen, a cała analiza trwała mgnienie oka. Myśli działają jak piorun, miliony operacji w głowie, a wszystko zajmuje ledwie sekundy. Wyszedłem do łazienki.

Kiedy wróciłem, uspokoiłem się trochę; złość przecież zawsze przechodzi, a złość na siebie przechodzi najszybciej. Siódma, więc nie wypiję już kawy, bo za późno. Nie mógłbym w nocy spać. Szkoda kawy, ale nie mógłbym, nie wypiję. I w ogóle niewiele już zdążę zrobić, bo co można zaczynać o siódmej wieczorem? Raczej poczytam tę antologię. Na budziku była siódma, cała analiza zajęła mi tak niewiele czasu, poczytam. Zacząłem, ale mi nie szło. Rozdrażnienie straconym czasem odbiło się widocznie na niewinnym opowiadaniu, bo przestało mnie totalnie obchodzić, że facet wylądował w Paryżu, spotkał kompozytora, który tworzył symfonię na siedem orkiestr i tysiącosobowy chór, lecz brakowało mu Largo. Opowiadanie wydało mi się podobne do fantastycznych nowel Balińskiego, które czytałem na studiach, albo grotesek Themersona czy może Mrożka. To, że gość został nikim, bo się pozbył dokumentów, uznałem za wątpliwy koncept, mało przekonujący. Ochłonąłem i zaczęły docierać do mnie brzdąkane bluesy Frisella, bluesy Frisella, bluesy Frisella… Eureka! Kiedy wrzuciłem Frisella? Przy piwie czy po? Przy piwie o czymś myślałem, ale zaraz wyciągnąłem antologię. Zacząłem czytać i… tak! Przeszkadzało mi coś za ścianą, dlatego puściłem płytę. Więc już przy czytaniu.

Chwyciłem pilota i wybrałem rzadko używany klawisz TIME. Wyświetlacz pokazał, że płyta ma w całości 78 minut. TOTAL 78.06. Tak pokazał. Wcisnąłem jeszcze raz, ukazała się długość szóstego utworu, który właśnie trwał, to nieważne, naduszałem dalej, wreszcie to, o co mi chodziło: TOTAL REMAIN 29.18. Ha! Zostało pół godziny. No tak, prawie pół godziny do odtworzenia. A więc płyta kręci się od… czterdziestu ośmiu minut?

Teraz to już nic nie rozumiałem. Jak w czterdzieści osiem minut mogłem dokończyć piwo, przeczytać kilka stron, półtorej godziny się przespać, przeprowadzić analizę, zdenerwować się i ochłonąć, skorzystać z łazienki, jeszcze trochę poczytać… I nadal była siódma. Czy nie za długo ta siódma? W pokoju sucho, chyba kaloryfer za mocno grzał. Zegarek, który zdjąłem po pracy i odłożyłem na stolik przy łóżku, wskazywał siedemnastą trzydzieści. Czemu wcześniej nie spojrzałem? Było wpół do szóstej! Jeśli obiad skończyłem o wpół do piątej i przy piwie puściłem płytę, to spałem może pięć minut czy dziesięć, więc właściwie wcale nie spałem, zdrzemnąłem się zaledwie. I mam jeszcze tyle czasu!

Frisell zamilkł. Podszedłem do półki z budzikiem. Musiał stanąć rano, o siódmej, kiedy wstawałem; nie zwróciłem uwagi. Poprawiłem bateryjkę w gnieździe – bez skutku. Sekundnik lekko drżał, lecz czas nie ruszał z miejsca. Wydłubałem baterię i poszedłem szukać świeżej, ale nie znalazłem. Odwróciłem budzik twarzą do ściany. Do dziewiętnastej czytałem opowiadania.

Reklamy

1 komentarz

Filed under Grzegorz Filip

One response to “Dziewiętnasta

  1. Ekstra, lekko się czyta 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s