Category Archives: Bogdan Madej

Taka jest literatura

MNPrzystanKiedy myślę o zmarłym przed paroma dniami Marku Nowakowskim, przypomina mi się pierwszy kontakt z jego prozą. Był to niepozorny tomik Przystań, kupiony w antykwariacie przy Dąbrowskiego (dziś Bernardyńska) w czasach licealnych, przeczytany z dużym zainteresowaniem. I właśnie ta książka będzie mi się zawsze kojarzyć z autorem Raportu o stanie wojennym, mimo że później pozostawałem pod urokiem Księcia nocy czy opowiadań z tomu Chłopiec z gołębiem na głowie.

Gdy chodziłem do ogólniaka, kręciła mnie proza takich pisarzy jak właśnie Marek Nowakowski, Ireneusz Iredyński czy Janusz Głowacki. Trochę później poznałem książki Tadeusza Konwickiego, Bogdana Madeja, Janusza Andermana. Co mnie pociągało w tej literaturze? Bohater, który w zdeprawowanej i nieatrakcyjnej rzeczywistości PRL-u żyje i funkcjonuje po swojemu, w pewien sposób obok, wolny, niezaangażowany, jakby ona go nie dotyczyła (to szczególnie Iredyński, Głowacki, Anderman i Stachura). Bohaterowie ci egzystowali poza schematami, a jednak tu i teraz. Twórcy takich książek próbowali udowodnić, że w komunizmie da się żyć, jeśli tylko odnosimy się z pogardą, a przynajmniej z dystansem, do jego ideologii, praktyki społecznej czy gospodarczej, do języka, którym się on posługuje. Książki te dowodziły, że można zapomnieć o złu i kłamstwie, na których ufundowano ustrój państwa, tworząc własną rzeczywistość, wszechświaty równoległe.

Dziś wiemy, że pisarze przełomu lat 70. i 80. mieli tylko trochę racji, sporne pozostaje, czy mamili nas bardziej czy mniej niż autorzy political fiction (Zajdel, Oramus, Parowski, Wnuk-Lipiński) i twórcy egzotycznych reportaży. Bo jednak nas mamili. Marek Nowakowski robił to stosunkowo najuczciwiej.

Dodaj komentarz

Filed under Bogdan Madej, książki, literatura polska, Nowakowski, Stachura

Spotkania z Madejem. W 10. rocznicę śmierci pisarza

W 1983 roku kupiłem na Podzamczu pierwsze krajowe wydanie Maści na szczury, słynnego zbioru opowiadań Bogdana Madeja. Książkę, niedostępną w księgarniach, oferował bazarowy sprzedawca, nie tak elokwentny jak ten z tytułowego opowiadania, prawdę mówiąc zupełnie bezbarwny. W metryczce książki widniało, że to drugie wydanie, i że pierwsze miało miejsce w Paryżu, w roku 1977. Wiedziałem o tym, wiedziałem też, że Madej już wcześniej, w 1974, wydał w Instytucie Literackim powieść Piękne kalalie albo dojrzewanie miłości (na jej krajową edycję nie było jednak w latach osiemdziesiątych najmniejszych szans). Kazimierz Orłoś i autor Maści to pierwsi krajowi pisarze, którzy zdecydowali się na publikację u Giedrojcia swych zatrzymanych przez cenzurę książek i zapłacili za to wieloletnim zapisem.

Pod koniec lat 80., świeżo upieczony polonista, wziąłem się do pisania o literaturze. Umyśliłem szkic o prozie Bogdana Madeja. Miałem za sobą lekturę jego eseju Polska w orbicie Związku Radzieckiego, wydanego w Lublinie w Bibliotece „Spotkań” (czy historycy i politolodzy zajmują się tą książką?), znałem już Piękne kalalie. Teraz odsiadywałem godziny i dni w bibliotece, zapoznając się z debiutanckim tomem opowiadań Młodzi dorośli ludzie, powieściami Uczta i Konstelacja, wszystko to były utwory z lat 60., a także czytając opowiadania z lat 80. publikowane w czasopismach. Wkrótce powstał szkic Wszystkie twarze zła, w którym analizowałem (w sposób bardzo jeszcze polonistyczny) opowiadanie Głęboką nocą. Walc. Trochę tam było naiwności, za dużo przypisów, ale co do jednego miałem nosa – już wtedy stawiałem tezę, że Głęboką nocą to najwybitniejsze opowiadanie Madeja. Dziś wypada mi tę intuicję wzmocnić. To nowelistyczne arcydzieło.

Kiedy na przełomie roku 1989 i 90 poszukiwałem autorów chętnych do współpracy z nowo powstałym kwartalnikiem „Kresy”, zwróciłem się przede wszystkim do Bogdana Madeja. Poznaliśmy się, chętnie przystał na publikację fragmentu powieści, obiecał nowe opowiadania. W pierwszym numerze „Kresów” ukazały się trzy początkowe rozdziały Pięknych kalalii.
W numerze 13. (zima 1993) Madej zabrał głos w ankiecie o stanie literatury polskiej. Pisał: „Ów czas – mam na myśli lata 80. – nie był dramatyczny w skali narodu na tyle, aby usprawiedliwić zbyt wysoki, skłamany rejestr, na jakim literatura, wypowiadająca się w imieniu społeczeństwa zajętego, bardziej niż polityką, trudami codziennej egzystencji, niepotrzebnie egzystencję tę wpisywała w skalę dramatów wyjątkowych. Było to widzenie politycznie może uzasadnione, ale dla literatury zabójcze.
Literatura nie może kłamać, nie może tkwić po uszy w patosie i mistyfikacji. Wszędzie, a szczególnie w twórczości, potrzebne jest zachowanie naturalnych proporcji pomiędzy sytuacją i jej literacką definicją. Arcypatetyczny i apokaliptyczny opis wydarzeń trudnych, ale właśnie nie dramatycznych, prowadzi do łatwizny i automistyfikacji, w których łatwo zużywa się „żelazna porcja” słów i pojęć zarezerwowanych na okazje prawdziwie dramatyczne. Wiele wskazuje, że ten właśnie przypadek przydarzył się naszej literaturze”.

Nie zgadzałem się wtedy z pisarzem, uważając, że czasy, które przeżyliśmy, były jednak dramatyczne. Dziś zaaprobowałbym jego opinię w większym niż wówczas stopniu. O tym, jak traktował kwestię prawdy w literaturze, przekonałem się podczas jednej z naszych rozmów, gdy, wzburzony, mówił o Błogosławionej świętej, opowiadaniu Herlinga-Grudzińskiego. Nie mógł zaakceptować pisarstwa opartego na sfingowanej anegdocie, które udaje prawdę.

W numerach 22 i 23 „Kresów” (2 i 3/1995) przyszedł czas na wspomnienia Bogdana Madeja zatytułowane Między Niemnem i Sanem. Pisarz opowiadał o dzieciństwie w Grodnie w latach 30., wrześniowym wkroczeniu sowietów, o ucieczce z matką i siostrą do Warszawy tuż przed pierwszą masową deportacją ludności polskiej na wschód, i potem o dalszej przeprawie do Małopolski.

Nowy tom opowiadań Półtraktat o lewitacji, złożony z tekstów pisanych w latach 80. i później, recenzowałem w „Nowych Książkach” (nr 4/1998). W 1999, przy okazji wznowienia Maści na szczury, przeprowadziłem z pisarzem wywiad, który ukazał się w „Życiu” (nr 217 z 16.09.1999). Dużo pytałem w nim o groteskę, jej możliwości oddania prawdy. Wiedziałem już, że pisarz porzuca groteskowo-absurdalne kreacje na rzecz „surowego, kronikarskiego realizmu”, jak to określiła Helana Zaworska. Krajowe wydanie Pięknych kalalii przyjąłem artykułem Owocowa antyutopia („Forum Książki” 1/2002), zastanawiając się nad aktualnością tej książki.

Moje spotkania z Bogdanem Madejem miały swą chronologiczną hierarchię: najpierw poznawanie jego książek, próby pisania o tej prozie, potem publikowanie tekstów pisarza w „Kresach” i wreszcie spotkania osobiste, w kawiarniach i u niego, na Bronowicach, w gabinecie pełnym książek, rycin i zdjęć, gdzie w oparach dymu papierosowego przyjmował mnie przy starym, wiśniowym biurku i mocnej kawie. Moje podniebienie zapamiętało najlepszą karpatkę, jaką kiedykolwiek jadłem, upieczoną przez żonę pisarza, panią Agnieszkę.
Obserwowałem, jak do tego gabinetu wkracza nowa technika, elektroniczną maszynę do pisania wypiera komputer z drukarką. Nigdy nie zdradzał, co aktualnie pisze, chyba nie lubił się przed czasem odsłaniać, a ja się nie dopytywałem.

Żył skromnie, w luźnym kontakcie z lubelskim środowiskiem literackim, przyjaźnił się z kilkoma pisarzami spoza Lublina, Józefem Baranem, Stanisławem Srokowskim, Adamem Ziemianinem. Powiedział mi kiedyś, że żałuje, iż nie osiadł w Rzeszowie. Choć bohaterowie Madeja chodzą po lubelskich ulicach, Lublin słabo pamięta o swoim najwybitniejszym prozaiku, nie szczyci się nim, woli poetów.
Madej był odludkiem, jego pisarstwo wymagało samotności. Nie zawsze była ona wyborem pisarza, wspominał bowiem, że gdy spotkały go represje za publikowanie za granicą, odwróciło się od niego wielu znajomych. Nie był łatwym rozmówcą, miał swoje przekonania literackie i nie ulegał fascynacjom innych. Wiem coś o tym, bo dwa czy trzy razy próbowałem go przekonać do ekscytujących mnie książek. Nasze rozmowy bardzo często rozbijały się o rafy różnicy poglądów na literaturę, u niego ugruntowanych i chyba niezmiennych, u mnie wówczas wciąż płynnych. Nie mogłem zostać jego uczniem, mimo to wiele mu zawdzięczam.

2 komentarze

Filed under Bogdan Madej, literatura polska, Lublin