Category Archives: jazz

Trzy godziny z Patem

Tak, niemal tyle czasu trwał sobotni (31 maja) warszawski koncert Pat Metheny Unity Group w Sali Kongresowej, kapitalny koncert, który trudno zapomnieć. Pat promuje nową płytę Kin, z jednej strony nawiązującą do najlepszych nagrań Pat Metheny Group z Lyle’em Maysem, z drugiej otwierającą nowy etap twórczy, do którego „rozpoznaniem” była grupa Unity Band. I temu właśnie nowemu materiałowi poświęcił muzyk środkową część koncertu, atrakcyjną wizualnie, wyeksponowaną, królującą.

Początek był inny. Grali w kwartecie: Metheny, Potter, Sanchez, Williams, grali muzykę bliższą jazzu, co uchwyciła i zaakceptowała publiczność, nagradzając brawami solówki i rozpoznawane tematy. Usłyszeliśmy utwory z wcześniejszych płyt (ale nie przeboje), nawet kompozycję z sesji Song X nagranej w 1985 roku z Ornette’em Colemanem. Dla bywalców koncertów Unity Band/Group nie było to może zaskoczeniem, ja musiałem się przyzwyczaić, że Patowi towarzyszy saksofonista. Chris Potter to muzyk znany może najlepiej z kwintetu Dave’a Hollanda, choć także leader własnego kwintetu z Craigiem Tabornem na fortepianie. Ciekawy wydaje się też jego kwartet Underground z Tabornem właśnie, z gitarzystą Adamem Rogersem i Nate’em Smithem na perkusji. W Warszawie Potter wpisał się bez reszty w ekspansywną stylistykę Metheny’ego, ale w jej ramach pokazał też indywidualny rys.

W drugiej części koncertu surowość wyparta została przez dźwiękowe rozpasanie, prostota ustąpiła miejsca bogactwu, muzyka nabrała gęstości. Na estradę wbiegł pianista i klawiszowiec Giulio Carmassi (w jednym utworze grał także na flugelhornie), na ekranach pojawiły się efekty wizualne. Unity Band przeobraził się w Unity Group. Jego brzmienie to krok do przodu w twórczości Pata Metheny’ego, same zaś kompozycje utrzymane zostały w dobrze znanym stylu (śpiewność tematów, teatralność kulminacji).

Publiczność nie miała najmniejszego zamiaru wypuścić muzyków z estrady po dwóch godzinach gry, a Pat się nie opierał. Jego zespół przygotowany jest perfekcyjnie na każdą okazję, także do bisowania. A więc najpierw efektowne duety gitarzysty z poszczególnymi muzykami (ambitne, przekraczające konwencję estradowej zabawy na bis). Najciekawsze z nich wydały mi się dwa: z Potterem i z Williamsem, fenomenalnym młodym basistą. Potem to, co wierni fani lubią najbardziej: stare szlagiery, pośród których nie zabrakło Are you going with me, a solówka Pata w tym utworze zabrzmiała nieprawdopodobnie poruszająco, chyba jeszcze lepiej niż na Travels. I właśnie w tych starych kompozycjach najbardziej brakowało mi fortepianu Maysa, jego lirycznej nuty. Giulio Carmassi nie próbował zastępować Lyle’a, w tej roli wystąpił natomiast Chris Potter, wypełniając puste miejsca solami na flecie. Za to wokalizy Carmassiego przypominały nieco te, którymi wzbogacał muzykę Pata Pedro Aznar.

Na koniec, już zupełnie sam na scenie, Pat Metheny przysiadł na krześle z gitarą klasyczną i stopą opartą na stopie, i zagrał wiązankę swoich standardów, pośród których rozpoznać można było Phase dance z pierwszej płyty Travels, jeden utwór z Wichity i temat z filmu The falcon and the snowman. Przetwarzał tematy, porzucał jeden dla drugiego, by po chwili wrócić z powrotem. Dla tych, którzy kupują ten typ wrażliwości, a więc dla słuchaczy wychowanych na jazzie, akceptujących elektronikę, która w pewnym momencie weszła do jazzu i przeobraziła go od środka, musiał to być wspaniały koncert. Miałem poczucie, że obcuję z wielkim artystą.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under jazz

6 Lublin Jazz Festival

Gorące przyjęcie kwartetu Ravi’ego Coltrane’a na Lublin Jazz Festival uświadomiło mi, że taki jazz – jak by go nazwać: mainstreamowy? – ma wciąż masę wielbicieli. Sam też się do nich zaliczam (choć nieortodoksyjnie), nie wiedziałem tylko, że tak nas w Lublinie dużo. Coltrane pokazał, ile można wycisnąć z postbopowego grania, jeśli biorą się do niego muzycy doświadczeni lecz nie wypaleni, a twórczy. Na mnie zrobił wrażenie podany w zawrotnym tempie i zagrany na sopranino Segment Charlie’ego Parkera, świetny temat własny Ravi’ego na ¾ Quilly’s Blade, grany na sopranie, a także Fantasm Paula Motiana i mieniący się odcieniami Spirit Fiction – oba z ostatniej płyty, brzmiącej jednak zupełnie inaczej, bowiem miał w niej udział Ralph Alessi (tp), którego w Lublinie zabrakło.
Podczas koncertu aplauz zbierał wspaniały perkusista, mniej doceniono chyba znakomitego, tynerowskiego w stylistyce, pianistę. Ravi Coltrane dysponuje znakomitym brzmieniem na tenorze, lubi schodzić w dół, by pokazać, co tam potrafi. Ten koncert to była ogromna przyjemność.
Skład: Ravi Coltrane (ts, ss), David Virelles (p), Dezron Douglas (b), Johnathan Blake (dr)

vi-lublin-jazz-festiwal-plakat_ok-190x190Dwie godziny wcześniej Adam Bałdych (v) z Piotrem Orzechowskim (p), grający utwory własne i Zbigniewa Seiferta, przyjęci zostali z pewną rezerwą, choć przedstawili muzykę piękną, inteligentną, bogatą, skomplikowaną, niestety mało zróżnicowaną co do tempa. Uśpili widownię i niewiele pomógł zagrany na koniec ekspresyjny temat Quo vadis ze słynnej płyty Seiferta Passion.

To w niedzielę, a w sobotę Satoko Fujii Orchestra Lublin, czyli gorąca dwunastka z udziałem muzyków z Polski. Satoko buduje swoje formy wyraziście i dość podobnie jedna do drugiej, dba o czytelny rozwój utworów, pamięta o kulminacjach i klarownych rozwiązaniach, improwizującym muzykom wyznacza ograniczone przestrzenie, zmuszając ich do kondensacji wypowiedzi. Słuchacz, obserwując, jak czytelnie prowadzi ona zespół, może sobie wyobrażać, jak sam by to zrobił, gdyby stał tam gdzie ona.

Lubelski festiwal rozwija się ciekawie. Dla organizatorów wielkie brawa!

Na koniec trzy sprawy:
1. Coraz bardziej podoba mi się sala koncertowa Centrum Kultury, ma w sobie coś z klubu i coś z pełnowymiarowej koncertówki. Jazzu słucha się tam bardzo dobrze.
2. Do autorów programu: Geri Allen to ona.
3. Kwestia nazwy festiwalu. Trzeba się na coś zdecydować: albo po angielsku i wtedy „festival” przez „v”, albo po polsku, lecz wówczas trzeba by tę nazwę przemodelować, bo po polsku zestawienie trzech rzeczowników w mianowniku nie znaczy nic.

Dodaj komentarz

Filed under jazz, Lublin

Z zimną krwią

Trio RGG, kiedyś Raminiak/Garbowski/Gradziuk, dziś Ojdana/Garbowski/Gradziuk. Koncert w lubelskim Teatrze Starym 13 lutego.

Trio jazzowe to osobny temat, wiedzą o tym wszyscy, którzy słuchali choćby triów Evansa, Petersona, Jamala, Jarretta, Mehldau’a czy Iyera. Ogromna tradycja, jest się do czego odnosić.

RGG gra jazz (bo przecież to niewątpliwie jazz) wysmakowany, intelektualny, ostentacyjnie akustyczny, perfekcyjnie zespołowy (solówki są tak wplecione w organizm utworu, że nie ma jak ich oklaskiwać), gęsty, pełen brzmieniowych piękności i niespodzianek, gra muzykę rozpiętą między postbopem i free improvisation, kompozycją i improwizacją, nawiązaniami do Szymanowskiego czy Chopina i współczesną muzyką poważną. Basista Maciej Garbowski i perkusista Krzysztof Gradziuk używają z wyczuciem poszerzonych technik artykulacyjnych. Pianista Łukasz Ojdana szuka własnej drogi i poszukiwania te uzewnętrzniają się w każdej niemal frazie. Pełno w tej muzyce ciekawych harmonii, polirytmii, erudycji muzycznej. Wchodzi się w nią z przyjemnością i chłonie bez znudzenia. Jest mało koncertowa i bardzo koncertowa zarazem, wiele jednak zależy od słuchacza (z tego co piszę widać, że targają mną sprzeczne uczucia). Wszystko to prawda. Brak mi jedynie szczypty pasji, ognia, serca, czegoś, co dla mnie w jazzie nieodzowne.

Tak napisałem po koncercie i dopiero na drugi dzień pomyślałem sobie, że cenię tych muzyków za ich zdecydowane i manifestacyjne ignorowanie jazzowej sztampy i konwencji, odrzucenie automatyzmu, uproszczeń i oczywistości. Oni zdają się zmieniać decyzję na temat rodzaju i charakteru wydobywanego dźwięku jeszcze w chwili, gdy ręka zmierza ku strunie/klawiszowi/membranie. Czy nie było w tej muzyce emocji? Były: w logice rozwoju wewnętrznego utworów, w ruchu ich części, w przejmowaniu przez muzyków od siebie nawzajem inicjatywy. Tam jest ukryta pasja, której szukałem.

Dodaj komentarz

Filed under jazz, Lublin