Category Archives: muzyka współczesna

Kronos Quartet w Lublinie

Koncert Kronos Quartet na KODACH… Pani Dorota Szwarcman zadowolona, a myśmy z żoną w połowie uciekli. Było na tyle zimno, że nie umiałem w tych warunkach słuchać. Gdyby na wirydarzu Centrum Kultury zagrał zespół ludowy lub jazzowy, to co innego, ale kwartet smyczkowy zabrzmiał mi tam blado i bez wyrazu. Zginął w łopotach płacht i w promenadowej atmosferze.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Lublin, muzyka współczesna

Muzyka wielorybów, ptaków i ludzi

Czytanie tej książki zajęło mi wyjątkowo dużo czasu nie tylko z uwagi na nieplanowane zajęcia i kłopoty, które obległy mnie akurat przy jej lekturze, absorbując i utrudniając, lecz także z powodu wielowątkowości i bogactwa poruszonych tematów. To one zadziałały na mnie przy czytaniu, prowokując do rozmyślań odbiegających daleko od samej muzyki, do powtórnego wielokrotnego słuchania utworów Griseya, a także Murailla, Duforta, Dalbavie’ego, Saariaho, Harveya i innych. Bo w książce tej nie same utwory są ośrodkiem zainteresowania autora, ale tematy, motywy, problemy, dlatego Jan Topolski powraca wielokrotnie do tych samych kompozycji, za każdym razem ukazując jakiś inny aspekt.

grisey

Co to za książka? Można ją nazwać monografią twórczości Gerarda Griseya (1946-98), pierwszą w Polsce, podobno trzecią na świecie, monografią francuskiego kompozytora, twórcy spektralizmu, którym kilkanaście lat temu zachwyciliśmy się w Polsce niezmiernie (Griseyem i spektralizmem) i którego utwory do dziś wcale się nie zestarzały. Nadal podziwiamy ich „hipnotyczną moc i iluzjonistyczny urok”. Jan Topolski, jeden z najzdolniejszych krytyków muzycznych młodego pokolenia, zafascynowany Griseyem od lat, potwierdza ową książką zarówno klasę francuskiego kompozytora jak i swoją klasę jako interpretatora sztuki muzycznej. Widma i czasy to książka pionierska, świetnie napisana, ważna. I przeznaczona mimo wszystko dla słuchacza, nie wyłącznie dla muzykologa. Te specjalistyczne, trudne passusy można w końcu wypuścić.

Muzyka Gerarda Griseya, zwana muzyką wielorybów, ptaków i ludzi, jest wdzięcznym obiektem opisu nie tylko z uwagi na swe walory percepcyjne. Kompozytor nawiązywał w swej pracy do różnych teorii, m.in. do teorii informacji, wykorzystywał zjawiska przyrody (np. rytm pulsarów), powoływał się na inspirujące koncepcje filozoficzne i tworzył własne teksty teoretyczne. Pozostawił szkice, tabele, wykresy, które pomagają zrozumieć jego koncepcje. Dlatego książka obejmuje tyle sfer i skrzy się wieloma odcieniami. Ale też taki artysta musiał sprawiać kłopot monografiście, kłopot nadmiaru, wielości. Z pewnością nie było łatwo uchwycić go w tej migotliwej aurze.

Nielinearny układ treści każe nam skakać po tematach, co nie ułatwia odbioru. Autor opowiada o teoriach muzycznych i kontekstach filozoficznych muzyki spektralnej, o laboratorium dźwięku, akustyce i problemach technicznych, o matematyce i innych dziedzinach nauki, prowadzi rozważania o przestrzeni i o czasie (pojęcie fundamentalne w muzyce spektralnej), przywołuje kontekst społeczny, historyczny i polityczny ruchu spektralistów, powstałego na przełomie lat 60. i 70. Nie umykają mu także inspiracje muzyczne (tu wymienia Messiaena, Stockhausena, Weberna, Bouleza, Harveya, Norgarda), literackie i plastyczne, filmowe, religijne i mitologiczne. Książka ta uświadamia, jak wiele składników tworzy stop, którym jest myślenie, odczuwanie, słyszenie i wyobraźnia kompozytora.

Układ tematyczno-problemowy zostaje jednak skrzyżowany z historią poszczególnych dzieł w porządku chronologicznym, od Przestrzeni akustycznych po Cztery pieśni na przekraczanie progu. Przyglądając się poszczególnym kompozycjom, Topolski omawia rozwój idei muzycznych Griseya, inspiracje, przemiany podejścia do czasu, ewolucję języka kompozytora. Punktem odniesienia są tu zarówno wcześniejsze wypowiedzi muzykologów, których cytuje, czasem z nimi polemizując, jak też wypowiedzi eseistyczne samego Griseya i fragmenty jego niepublikowanych dzienników, które Topolski miał okazję czytać w Fundacji Paula Sachera, gdzie złożone jest archiwum artysty.

Krążenie wokół twórczości Griseya przekształca się miejscami w wycieczki po twórczości innych spektralistów. Autora wyraźnie ciągnie ku monografii całego nurtu, która być może właśnie powstaje.

Czytając Widma i czasy, obserwowałem m.in. literackość prób opisania samej muzyki, gdy autor mówi o „rytmie oddechu i serca”, „spazmatycznych, jęczących glissandach”, altówce, która „traci stały grunt i ślizga się po dźwiękach”, „schodzi do artykulacyjnego inferna”, przechodzi długą drogę „jakby od figuratywności do abstrakcjonizmu Kandinsky’ego”. Gdy dalej krytyk słyszy „czkawkę średniowiecznego hoketu”, „tykanie zegara”, „owadzią krzątaninę drewna”, „osobliwą dźwiękową fabrykę”. Odwieczne pytanie, jak pisać o muzyce. I jedna z możliwych odpowiedzi, jaką jest ta pasjonująca książka.

Dodaj komentarz

Filed under książki, muzyka współczesna

Orawa

Kiedy umiera artysta, cóż nam pozostaje? Czytać jego książki, wracać do jego obrazów, słuchać jego muzyki. Szukam więc na swoich półkach z płytami, lecz utworów Wojciecha Kilara znajduję niewiele. Nigdy nie był moim idolem, ceniłem go za walca z Trędowatej i poloneza z Pana Tadeusza, za muzykę do Ziemi obiecanej, ale nie kupowałem popularnych płyt z takimi utworami jak Missa pro pace czy September Symphony.

W roku 2005 usłyszałem o Sinfonii de motu, skomponowanej z okazji Światowego Roku Fizyki, i pomyślałem, że napiszę coś o tym utworze do „Forum Akademickiego”, pisma adresowanego przecież do świata nauki. Jednak po wysłuchaniu utworu nie miałem o czym pisać. Symfonia ta pozostawiła mnie obojętnym.

Nowa prostota leży poza granicami mojej bajki, jeśli czasem słuchałem takiej muzyki, to raczej dramatycznego, pełnego wewnętrznego krzyku Henryka Mikołaja Góreckiego. Dlatego na półkach odkrywam niewiele płyt z muzyką Kilara, ale jednak coś się znajdzie. Wczesny, efektowny, sonorystyczny Riff 62 na fortepian solo, zespół dętych, dwie grupy perkusyjne i dużą grupę smyczków. Mam ten utwór w dwóch wykonaniach. Jest wciąż świeży może dzięki temu, że to ta mniej ortodoksyjna odmiana sonoryzmu. Nie chodzi tu wyłącznie o przedstawienie katalogu poszerzonych technik i możliwości artykulacyjnych. Podobno prawykonanie na WJ’62 tak się spodobało, że orkiestra bisowała.

Dalej wygrzebuję Upstairs-Downstairs z 1971 na dwa chóry dziecięce i orkiestrę, nagrany podczas koncertu jubileuszowej 50. Warszawskiej Jesieni. Na sali ktoś cięgiem pokasłuje. Utwór minimalistyczny, lecz znów nieortodoksyjnie. Bardzo piękny, mimo tubalnego kaszlu. Byłem na tym festiwalu, lecz ten koncert musiałem ominąć.

Wreszcie nawijają mi się pod rękę dwa wykonania Orawy (1986): Marek Moś z orkiestrą Aukso i Agnieszka Duczmal z orkiestrą Amadeus. Ajajaj! To dwa różne utwory! Amadeus eksponuje ludowość, folklor góralski… A da się inaczej? Przecież to utwór na góralszczyźnie oparty, czy można ją z niego wypreparować? Nie można, lecz Aukso maskuje ludowość, dając w zamian jakąś romantyczność, przestrzenność, drugi plan, którego nie ma w wykonaniu Amadeusa. Moś narzuca szybsze tempo, Duczmal jest wolniejsza, choć mało zauważalnie. W wykonaniu Agnieszki Duczmal słyszy się minimalizm, prostotę, Marek Moś to jakoś zamazuje i komplikuje. Amadeus kończy brawurowo, co właśnie wprost z ludowości wynika, końcowy okrzyk to dziarskie zawołanie górali. Aukso kończy mizernie, nijako, to minus, lecz próbuje pokazać ten utwór od innej, nowej strony, to z kolei plus.

Krzesanego, Kościelca, Exodusu obiecuję sobie posłuchać w internecie, ale to już w Nowym Roku.

Dodaj komentarz

Filed under muzyka współczesna

Święto wiosny

img1– A KODY interesujące w tym roku? – pyta mnie w mailu Sławek Wieczorek, muzykolog z Wrocławia.
Początek kwietnia, gruba warstwa śniegu przywala Lublin.
– KODY? – myślę. – Spokojnie, to dopiero na wiosnę, w maju, programu jeszcze nie ma…
I byłbym w końcu przeoczył, ale z chodników wyrosły kubistyczne klocki w kratkę, a prócz tego przyszło zaproszenie (wielkie dzięki organizatorom!).

Wieczór ze Świętem wiosny w stulecie powstania baletu Strawińskiego (jak ten czas minął!) – na wirydarzu u dominikanów. Wchodzimy w atmosferę już przygotowaną, rozbujaną koncertem Pierre’a Jodlowskiego i kapeli huculskiej z Werchowyny. Publiczność napływa, dostawiają krzesła. Na estradę wchodzą muzycy kwartetu Kwadrofonik, czyli fortepianowe Lutosławski Piano Duo (Emilia Sitarz, Bartosz Wąsik) + Hob Beats (Magdalena Kordylasińska i Miłosz Pękala, duo perkusyjne). Muzyka rusza z miejsca, a za plecami instrumentalistów ekran ożywa projekcją video. O! Więc balet z nagrania? Rozczarowanie.

Ale nie! Orientujemy się, że zespół tańczy tuż obok, na korytarzu klasztornym, a ekran pokazuje akcję w czasie rzeczywistym. Po chwili wyłaniają się w oknach i już są z nami, na dziedzińcu, rozbiegają się, opanowują jego obszar. Akcja sceniczna rozbija się i dzieli pomiędzy trzy przestrzenie: dwa rusztowania i korytarz klasztorny – stąd widoczna jest tylko dzięki kamerze. Młody zespół kilkunastu tancerzy ze Śląskiego i Lubelskiego Teatrów Tańca oraz z PWST w Krakowie (choreografia Jacek Łumiński). Kostiumy „cywilne”: bluzy, spodnie, adidasy, jakby wyszli z tłumu. Świeżość, witalność, zaangażowanie w dzieło. Ale ekran nie gaśnie, kamera wybiera sobie to tę, to znów inną grupę i teraz już trzeba się co chwilę decydować, na co patrzymy: na przedstawienie czy na jego projekcję.

Święto wiosny – pierwotne obrzędy ofiary i odrodzenia, muzyka ostra, ostentacyjnie rytmiczna, gwałtowna i dzika, która tak wzburzyła nieprzygotowanych na to uczestników premiery przed stu laty, pełna polirytmii i dysonansów. Muzyka na wielką orkiestrę, z przeraźliwym rykiem blachy, łomotem kotłów… Tu mamy tylko kwartet, który jednak dokazuje bez kompleksów, wyraziście odwołuje się do oryginału Strawińskiego, tworząc własny wariant utworu. Fortepiany traktowane perkusyjnie, bogactwo perkusjonaliów – próbują zastąpić pohukujące rogi, dzikie gwizdy fletów.

I wszystko to wiosną, pod gołym niebem, ciemniejącym pod wieczór. Spektakl się kończy, duże brawa, okrzyki zadowolenia. Sam pokrzykuję…

Różne były wystawienia tego baletu, od estetyzujących, ogrywających czyste, abstrakcyjne piękno proporcji ciała, poprzez widowiska o miłości, życiu i śmierci, po społecznie zaangażowane, np. z wyeksponowanym tematem męskiej dominacji. O co chodziło tym razem, nie potrafię precyzyjnie odpowiedzieć. Był to spektakl o kobietach i mężczyznach, o walce, wulgarności, agresji i przemocy, które potrafią rządzić ich związkami, naszymi związkami. Ale nie zabrakło również apoteozy piękna i dobra.

W przerwie powiało od bramy chłodem, po czym nadeszła druga część spotkania ze Świętem wiosny: wspólna improwizacja Jerzego Mazzolla (klarnet basowy) i Tomasza Sroczyńskiego (skrzypce, media elektroniczne). Tu mieliśmy do czynienia z wariacjami daleko odbiegającymi od dzieła sprzed stu lat, które stało się inspiracją do powstania wieloczęściowej, epizodycznej suity, a każde jej ogniwo miało swój własny charakter.

KODY. Festiwal Tradycji i Awangardy Muzycznej. Lublin 10-18 maja 2013
Organizator: Ośrodek Międzykulturowych Inicjatyw Twórczych ROZDROŻA

Dodaj komentarz

Filed under Lublin, muzyka współczesna, Strawiński

Walka klasyków z romantykami

W „Ruchu Muzycznym” (nr 2/2013) Tomasz Flasiński wraca do tematu dwóch ścieżek, którymi biegnie muzyka współczesna przełomu wieków, cytując przy okazji mój artykuł sprzed czterech lat omawiający to zjawisko (Podzielona publiczność, „Odra” 1/2009). Czyni to po to, by skrytykować modernistyczny przechył w programach Warszawskiej Jesieni, z czym się troszeczkę zgadzam: można by prezentować nieco więcej kompozycji neoromantycznych, choćby dla kontrastu (może nie od razu „muzykę służącą rozrywce”).

Ale z wieloma argumentami autora tekstu się nie zgadzam i tu jestem po stronie Krzysztofa Kwiatkowskiego, który polemizuje z nim w tym samym numerze RM. To prawda, że na WJ usłyszeliśmy w ostatnich latach wiele nijakich utworów z „linii Bouleza”, ale i po stronie „linii Glassa” znalazły się straszydełka. Cóż, nie jest to festiwal arcydzieł, lecz głównie przegląd bieżącej produkcji, zgoda, wyselekcjonowanej, ale jednak…

Nie ma też chyba racji Tomasz Flasiński, gdy pisze, że niektórym krytykom czy słuchaczom „tonalność wydaje się równoznaczna z zachowawczością i kiczem, z pisaniem pod publiczkę, z banałem”. To nie tak. Wychowaliśmy się wszak na tonalności właśnie, na Bachu, Beethovenie i Chopinie, jakże mielibyśmy więc odrzucać wszelką tonalność z pobudek estetycznych? Prawdopodobnie słaby, nieciekawy utwór tonalny łatwiej obnaża swoje niedostatki niż słaba kompozycja atonalna. Dlaczego? – to już temat dla muzykologów.

Dodaj komentarz

Filed under muzyka współczesna

Głód trwalszej substancji

Rok Lutosławskiego ogłaszają, a ja sobie uświadamiam, że dawno nie słuchałem jego muzyki. Wracam więc do nieco już zakurzonych, odstawionych na dalszą półkę płyt Mistrza, do Anne-Sophie Mutter (Partita i Łańcuch II) z Krystianem Zimermanem (Koncert) i BBC SO pod batutą Kompozytora, do Krzysztofa Bąkowskiego z NOSPR pLutosławskiod Witem, do Ewy Pobłockiej i Piotra Palecznego w Koncercie fortepianowym (a więc trzy wykonania do wyboru), do dzieł orkiestrowych nagranych przez NOSPR z Antonim Witem, do Andrzeja Bauera w Koncercie wiolonczelowym

Słucham, ale też i czytam. Czytam Mieczysława Tomaszewskiego, który cytuje Lutosławskiego: „Uważam, że najbardziej rewolucyjnym krokiem, jaki może zrobić artysta dzisiaj, jest zignorować rewolucję. I zastanowić się nad tym, jakimi sposobami dzisiaj, z rozsypanej, rozproszkowanej materii, jaką mamy do dyspozycji – stworzyć coś, co miałoby cechy trwalszej substancji”. Dalej profesor cytuje także Pendereckiego, który mówi o poczuciu rozpadu świata i potrzebie syntezy.

Czytam to i uświadamiam sobie, że tej potrzeby syntezy, konieczności scalenia, nakazu reintegracji, odczuwanych przez naszych kompozytorów, nie widać w literaturze polskiej. Literatura istnienia takiego głodu nie potwierdza, literatura prób syntezy nie formułuje, ani utraconej pełni nie szuka. Nadal radośnie hasa pośród rozrzuconych malowniczo artefaktów kalekiej wyobraźni. Nadal tańczy na ruinach, rozkoszuje się żerowaniem po śmietnikach. Poczekajmy więc, aż i ona się obudzi.

Głód trwalszej substancji. Trzeba by spytać, czy odczuwa go teatr, sztuka, kino. Trzeba by…

Oglądam film Rehearsals with Lutoslawski nakręcony w Ameryce. Kompozytor pakuje walizy do bagażnika, przekazuje swoje partytury do archiwum, tłumaczy dziennikarzowi, że muzyka jest dla niego abstrakcją i nie ma sensu szukać w niej programu literackiego, dyryguje orkiestrą w Mi-Parti podczas otwartej próby, instruuje młodą wiolonczelistkę, jak grać któryś fragment z Grave? z Koncertu? Piegowata buzia amerykańskiej dziewczyny wpatrzona w starszego pana.

Dodaj komentarz

Filed under literatura polska, Lutosławski, muzyka współczesna

Hommage

Kim był dla mnie Andrzej Chłopecki? Dziesięć lat temu, gdy zacząłem słuchać jego audycji o muzyce współczesnej, był autorytetem, arbitrem, wyrocznią. Jego oczami widziałem klasyków współczesności i twórczość młodszych pokoleń, jego oceny były ważnym punktem odniesienia, a hierarchie stawały się niepostrzeżenie moimi. Nie był wprawdzie sam, bo prócz niego współczesność muzyczną w Dwójce odkrywały przede mną – tak jak i dziś – Ewa Szczecińska i Joanna Grotkowska, ale czuło się, że on jest tam najważniejszy. Wkrótce wyzwoliłem się spod skrzydeł guru i znalazłem własne upodobania estetyczne, lecz początek, jak wszystkie początki, zadecydował o kierunkach poszukiwań.

Andrzej Chłopecki znaczył dla mnie wiele nie tylko jako dziennikarz muzyczny Polskiego Radia i prezenter muzyki. Ceniłem jako krytyczne pióro, przez pewien czas (zanim rozwinęli skrzydła Jan Topolski, Michał Mendyk, Monika Pasiecznik, Daniel Cichy, Antoni Beksiak, Tomasz Cyz i inni) jedyne takie pióro w Polsce. Lektura jego tekstów z pewnością musiała wywrzeć wpływ na moją publicystykę muzyczną. Choćby jego „Socrealistyczny Penderecki”, którym krytyk przerywał ciąg laurek witających kolejne utwory mistrza z Lusławic, do środowiska muzycznego wpuszczał świeże powietrze, ośmielał młodych krytyków.

Wreszcie, kiedy się trochę rozkręciłem, postawa Andrzeja Chłopeckiego stała się dla mnie przedmiotem kontestacji. Czekałem na polskie książki o muzyce. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego, będąc tak świetnie zorientowanym w muzyce współczesnej, nie mając konkurentów, poprzestaje na felietonach w gazecie i nie pokusi się o prace większego kalibru. W artykule „Krytyka muzyczna, czyli wielkie bum” wyrażałem żal, że nie podejmie się napisania książek o muzyce naszych sąsiadów, Litwinów, Czechów, Słowaków, choć siedział w tych tematach. Nie wiedziałem, że pracuje nad książką o Lutosławskim, a może zaczął ją pisać dopiero później?

Andrzej Chłopecki odpowiedział wtedy na mój artykuł, a jego tekst „Odra” wydrukowała w tym samym numerze. Tekst był miejscami gniewny, dla mnie pochlebny (kto ciekawy, niech sięgnie do „Odry” 9/2007), przede wszystkim jednak pokazywał, jak bardzo odmiennie można pojmować zadania krytyki artystycznej. To było pięć lat temu, po raz pierwszy skrzyżowaliśmy wówczas szpady, dziś wiadomo, że po raz ostatni.

Dodaj komentarz

Filed under muzyka współczesna