Category Archives: sztuka pisania

Żal i satysfakcja

Są takie powieści, po których przeczytaniu pisarz żałuje, że to nie on je napisał. Mam to samo, choć taka pisarska zazdrość nie zdarza mi się zbyt często. Rzadko trafiam na dobre książki? Nie, bynajmniej. Mało czytam? Przeciwnie, choć znam takich, co czytają znacznie więcej niż ja. Rzecz w czym innym.

Nie odczuwam na przykład podobnej zawiści wtedy, gdy książka mi się podoba, cenię ją, podziwiam nawet, ale jest „nie moja”. Czyli jaka? Co miałoby to znaczyć? „Nie moja”, gdyż autor poruszył w niej „nie moje” tematy i problemy, akcję osadził w środowisku, o którym nie pisuję, bo go dobrze nie znam, skonstruował „nie mój” świat, posługując się „nie moim” językiem i konwencjami, zbudował „nie moją” formę… Taką książkę mogę uznać nawet za arcydzieło, ale jej autorowi nie pozazdroszczę. Wiem, że takiej książki sam bym nie napisał.

Czy to znaczy, że nade wszystko odpowiadają mi książki zrobione tak, jak ja bym je zrobił? Nie. Oczywiście, że nie. Najbardziej wzbogacają mnie właśnie powieści „obce”, „nie moje”. One wnoszą świeży powiew i być może zmieniają coś w moim własnym pisaniu (nigdy jednak rewolucyjnie, przynajmniej dotąd). Ale zazdrościć komuś, że napisał tekst, który ja powinienem był napisać, potrafię tylko wtedy, gdy jest on „mój”, bliski moim wyobrażeniom o powieści, kiedy odnajduję w nim własne tematy, motywy, własny świat wyobrażeń. Forma, język – to w tym przypadku sprawy drugorzędne.

Żalu, że to nie ja, nie noszę w sobie długo. On trwa tylko chwilę i owocuje czasem pomysłami, notatkami, które przeważnie do niczego nie zostają użyte. Te fascynacje bywają krótkie. Pozostaje przekonanie, że miało się do czynienia z jakimś zazębieniem światów, wrażliwości, postaw, poglądów… że w jednym rozbłysku znalazłem się na moment we wspólnej przestrzeni z innym autorem, najczęściej cenionym przynajmniej za tę jedną książkę, i to daje satysfakcję.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under książki, powieści, sztuka pisania

Więcej wiedzy, mniej moralizowania

Na tym blogu piszę o literaturze, książkach i ich twórcach, dlatego nie chciałem tu zabierać głosu w sprawie imigrantów. Tymczasem do tematu wzięli się pisarze, niektórzy nie najmądrzej i nie najlepiej. Stąd ten komentarz.

Manifest Olgi Tokarczuk, która „miała sen”, powiadamia nas o fascynującej historii współżycia Europy z kulturą islamu, o czekających miejscach pracy, zwolnionych przez Polaków, którzy wyjechali do Anglii i innych utopijnych mirażach, o syryjskich pierogach. Mamy też połajanki innych autorów. Mariusz Sieniewicz na swoim blogu pisze o naszym kraju, który: „odsłania spotworniałą twarz: ksenofobiczną, egoistyczną, stężałą w partykularnych, tchórzliwych lękach”. Stylistycznie cudne i pięknie zamyka wszelką dyskusję.

„Im więcej w internecie głosów jawnie rasistowskich, ksenofobicznych, tym bardziej – oczywiście – opowiadam się po stronie przeciwnej” – pisze na blogu Jerzy Sosnowski. Jego wpis jest wyważony, pełen wahań i wątpliwości, nie ma tam nic o „spotworniałych twarzach”, problem w tym jednak, że ta strona przeciwna, którą Sosnowski „odruchowo” wybiera, to – przynajmniej dla mnie – nic lepszego i ciekawszego od owych „głosów jawnie rasistowskich”. Ta strona przeciwna, to bowiem ideologiczne hasła, młotkowanie, etykiety, kłamstwa, moralny szantaż, w najlepszym przypadku bezrozumne powtarzanie, że Polacy mają jakiś dług wdzięczności.

Rzecz w tym, że nie ma tu dwóch stron, nie ma podziału na dobrych i zlych. Im więcej wiem o całej sytuacji, tym więcej rozumiem i nie jestem skazany na odruchowe przylgnięcie do jednej z dwóch stron, które się instynktownie sformowały. Więcej wiedzy! Ale czy komuś naprawdę zależy na tym, bym więcej wiedział?

Na przykład w mediach mainstreamowych, które gorliwie pokazują tłumy pod płotami, chętnie poczytam i posłucham, skąd się nagle wzięły w Europie setki tysięcy muzułmanów i kim są ci ludzie. Bo ofiary wojny nadal siedzą podobno w obozach. Zabierzcie kamery spod płotów, pojedźcie do źródeł. Przydałoby się więcej wiedzy o tym, co się dzieje w Turcji, jak wygląda jej zaangażowanie w Syrii i kto w Turcji finansuje przerzut takich mas ludzkich do Europy. A także dlaczego nikt nie walczy z masowym przemytem ludzi. Kto tu popiera rosyjską, turecka, albańską mafię przemytniczą. Dobrze byłoby wiedzieć, jakie działania prowadzi Rosja i dlaczego tak jej zależy na destabilizacji nie tylko na Bliskim Wschodzie, lecz także w Europie. Sprowadzanie wszystkiego do problemu „przyjąć – nie przyjąć”, „pięć czy dziesięć tysięcy” to infantylność.

Ale najwięcej wątpliwości dotyczy samej Europy. Trudno zrozumieć, dlaczego – nie radząc sobie z problemem – UE nadal wzbrania się przed ogłoszeniem, że więcej ludzi nie przyjmie? Dlaczego nie pomaga krajom brzegowym Unii, takim jak Węgry czy Grecja, nie przysyła tam urzędników imigracyjnych, sprzętu, pieniędzy, by opanować ludzki potok, odsiać Albańczyków, którzy korzystają z zamieszania i udają uchodźców wojennych? Unia ma już na swoim terytorium pół miliona migrantów, czy chce mieć następne setki tysięcy i miliony? Jak sobie z nimi poradzi, skoro teraz bezradnie się miota, rozdzielając po kilka tysięcy ludzi do różnych krajów? Co zrobi z resztą tej masy? Skąd się bierze zaciekły opór przed wysyłaniem pomocy w rejon konfliktu, tak aby uchodźcy mogli pozostać w państwach ościennych i po jakimś czasie wrócić na swoje terytorium? Czy komuś zależy na tym, by nie wrócili? W co grają Niemcy?

Krótko mówiąc chcemy wiedzieć, o co tu chodzi.

To są pytania, na które Polacy oczekują odpowiedzi, nie potrzebują natomiast moralnego wzmożenia, etykietowania, pedagogiki wstydu, bajek o łagodnym islamie. Jeśli nasi pisarze chcą nas uczyć o kulturze islamu, niech nam opowiedzą, czym jest salafizm. Niektórzy z nich wolą jednak demagogiczne szlochy, że skazujemy ludzi na śmierć. Tym, którzy znaleźli się w Europie, śmierć nie grozi. Mówienie o zagrożeniu ich życia jest kłamstwem. Śmierć grozi tym, którzy są przerzucani. I ten przemyt trzeba zatrzymać stanowczą odmową przyjęcia kolejnych partii uciekinierów. Ci, którzy zapraszają wszystkich przybyszy, nie licząc się z tym, ilu ich jeszcze będzie, narażają ludzi na śmierć.

1 komentarz

Filed under sztuka pisania

Trudne jest życie pisarza

„Autor, autor” Davida Lodge’a, nie biografia, lecz powieść biograficzna o życiu Henry’ego Jamesa, a właściwie pewnym wycinku tego życia, to książka jakby nie Lodge’owska, zupełnie inna niż jego „Zamiana”, „Terapia” czy „Skazani na ciszę”. Brak ironicznego dystansu narratora, właściwy tamtym utworom, sprawia, że powieść ta nie potrafi ulecieć w przestworza niczym balonik, opada, zbliżając się… do powieści Jamesa.

autor

Lodge’owi udało się uchwycić prawdę o profesji pisarza, związanych z nią planach, nadziejach, rozczarowaniach, nawet upokorzeniach. Stworzył portret samotnika z wyboru, poświęconego bez reszty sztuce, świadomego wartości swych dzieł. James nie robi kariery tak jak inni pisarze, którzy epatują swoją odmiennością seksualną, skandalami towarzyskimi, skandalicznymi fabułami swych powieści. On pracuje nad materią literacką i każdy, kto czytał choćby jego „Bestię w dżungli”, rozumie, o czym mówię.

Lodge pokazał też ważny moment w rozwoju kultury europejskiej. W chwili owej twórczość popularna zaczyna dominować nad sztuką pełnowartościową nie tylko nakładami książek i wysokością tantiem autorskich. Oto w świadomości wykształconych elit poczyna się zatracać różnica między prawdziwą wartością artystyczną i jej popularną podróbką. Dobre wypierane jest przez niedobre, a koneserzy tego nie dostrzegają. Z tego powodu bestseller wyrasta ponad arcydzieło, a rząd dusz przejmują gazety.

Dodaj komentarz

Filed under książki, literatura obca, powieści, sztuka pisania

Utopia na granicy

Nie zgodzę się z tezą, że zmniejsza się dystans między prozą gatunkową i artystyczną, albo że wręcz nie ma już różnicy między literaturą wysoką i popularną, bo najlepsze realizacje tej ostatniej to coś więcej niż tylko rzemiosło, rozrywka i zabawa. Owszem, tak jest i zawsze tak było, że wierzchołek literatury popularnej stanowiły utwory artystycznie wartościowe, ale daleko stąd do sytuacji, w której zanika granica.

Nawet jeśli kryminał niesie ze sobą refleksję na temat zła, co często chwalone bywa w recenzjach, nawet jeśli mówi coś ciekawego o kondycji człowieka i daje obraz niuansów rzeczywistości społecznej, nie osiągnie tej głębi, która dana jest (nie obligatoryjnie przecież, lecz tylko potencjalnie) prozie artystycznej. A powód jest jeden: autor kryminału musi położyć nacisk na intrygę, zagadkę, profil mordercy, słowem, musi zrealizować prawa gatunku.

Wyższość prozy artystycznej bierze się między innymi z braku takiego przymusu. Lecz to, co oryginalne, niepodobne do poprzednich książek, wyjątkowe i nieschematyczne, nie może się masowo podobać. I nie podoba się. Wystarczy poczytać komentarze o wyjątkowo wybitnych filmach; ludzie wybrzydzają, że nudne, niezrozumiałe, brak akcji… Nie dostrzegają, że dzięki temu „brakowi akcji” aktor mógł coś zagrać, a operator popracował nad pięknem kadru.

Mimo że nie ma dzisiaj mody na hierarchie, albo inaczej: ucieka się przed ich wyraźnym formułowaniem, oba środowiska pozostają rozłączne. Jak bardzo, to wie każdy, kto zechce się lepiej przyjrzeć. Artyści uważają się za lepszych, choć często brak im rzemiosła. Rzemieślnicy, gdy tylko się uda, próbują awansu do prozy artystycznej, porzucając fantastykę, kryminał, sensację czy romans. Artyści lekceważą przyzwyczajenia czytelnicze, skazując swoją prozę na zapomnienie. Rzemieślnicy zazdroszczą artystom prestiżu i poważnych nagród, artyści rzemieślnikom – szerokiego odbioru, sukcesu finansowego i popularności. Wiara w zatarcie granic okazuje się kolejnym zabobonem, kolejną utopią.

2 Komentarze

Filed under literatura polska, powieści, sztuka pisania

Absurdy i paradoksy

Panuje u nas przekonanie, że pisarz, który wytyka absurdy i paradoksy świata to celny i przenikliwy jego obserwator. Niestety, przeważnie bywa na odwrót. Nagromadzenie absurdów i paradoksów w utworze wykrzywia obraz, przysłania rzeczywistość, przemienia ją w groteskę, której daleko, bardzo już daleko do prawdy. Widzenie rzeczywistości w jej wymiarze paradoksalnym to widzenie jednowymiarowe. Poprzestawanie na takim widzeniu świadczy o niedojrzałości artystycznej.

Dostrzegać absurdy i paradoksy to żadna sztuka, każdy inteligentny człowiek je widzi właśnie dlatego, że są łatwo zauważalne. Przenikliwość spojrzenia artysty polega na czym innym. On musi odrzeć swoją obserwację z tego, co banalne, z łatwych uogólnień, prostych redukcji, sięgnąć głębiej. On powinien obracać przedmiot zainteresowania, dokopując się kolejnych jego wymiarów.

W książkach łowców absurdu i paradoksu możemy odnaleźć zabawę, lecz próżno szukać tam mądrości.

Dodaj komentarz

Filed under książki, literatura polska, sztuka pisania

Król jest nagi

Ważny głos Piotra Wojciechowskiego w „Nowych Książkach” (5/2014)
Kilka spraw. Po pierwsze zaskoczyło mnie to:
„Dziś trudno mi nakłonić wydawcę, żeby wydał moją książkę”. „…nie wszyscy mają siłę walczyć z wydawcami i przegrywać”. „Od dwóch lat mam gotową powieść, która być może nigdy nie będzie wydana”. Tak mówi pisarz znany i uznany, niemłody, z pokolenia moich rodziców, który debiutował w latach 60. i wciąż jest aktywny twórczo. Bez kokieterii przyznaje, że ma trudności z publikacją. Pierwszy raz się z tym spotykam, dotychczas autorzy trzymali fason przed czytelnikami, nieświadomymi, jak to od kuchni wygląda. I przed autorami literatury popularnej, którzy opowiadają w mediach, jak to wydawca wyrywa im rękopis spod pióra. A ja już dawno coś podejrzewałem, widząc, w jak dziwnych wydawnictwach wychodzą książki cenionych autorów. Ciekaw jestem przyczyn.

Rzecz druga. Wojciechowski: „Literatura faktu robi z czytelnika zachwyconego gapia”, „…w pracy nawiązywania rozmowy między pisarzem a czytelnikiem, rozwijania wyobraźni, poszerzania przestrzeni intelektualnej wolności – literatura faktu w gruncie rzeczy nie uczestniczy”. Zdecydowanie się z tym zgadzam. Poza nielicznymi wyjątkami jest ona literaturą dla mało wymagających, nie wnosi wartości duchowych, nie ubogaca. Jej pozycja jest przeszacowana i wynika z uwarunkowań pozaartystycznych. Trudno dyskutować ogólnie, ale każdy podłoży sobie tytuły książek, które zna.

I trzeci temat: „…język literacki zostaje zamordowany przez samych literatów”, którzy w pogoni za czytelnikiem, dla efektu, prześcigają się w nadużywaniu wulgarności i brutalizmów, ignorują normę. To prawda, nie ograniczałbym się tu jednak do wulgaryzmów. Nadużycia to problem szerszy. W literaturze języka trzeba używać, nie nadużywać. Pora przywrócić zarzuconą kategorię smaku i posługiwać się nią przy podejmowaniu decyzji artystycznych.

O efekciarstwie literackim, które przejawia się nie tylko w języku, pisałem parokrotnie. Nazwałem je literaturą 3D. Moim zdaniem w ostatnich latach zwiodło ono z dobrej drogi wielu utalentowanych pisarzy i niektórych krytyków. Jak dalece normą stała się aberracja, świadczą opinie o książkach napisanych bez nadużyć, bez przesady, książkach, których autorom nie odebrało wyczucia ile można. Wiem, powieści pozbawione tanich efektów potrafią być przyjmowane jako „dziwne”, „tradycyjne”, „niedzisiejsze”. Jeśli książka nie przypomina obwieszonej migającymi cudeńkami choinki, to coś jest nie tak. Nie chcę mówić o upadku gustów wśród czytelników, bo wielu z nich odrzuca rokokowe szaleństwa, a niektórzy dostrzegają skrywającą się za nimi pustkę. Ubolewam nad gustami krytyki.

Dodaj komentarz

Filed under krytyka literacka, książki, literatura polska, powieści, sztuka pisania

Z punktu A do punktu B wyrusza autor

Czym jest pisanie? Wyginaniem słów prowadzącym do deformowania intencji.

Gdyby prześledzić cały proces powstawania dowolnego akapitu – od pierwszego zapisu, nie, jeszcze wcześniej, od chwili powstania jego kształtu w umyśle autora (punkt A) do publikacji tekstu (punkt B) – okazałoby się, że te punkty dzielą lata świetlne. Ileż byłoby między nimi różnic i zmian, wzbogaceń i uproszczeń, a czasem nawet nie byłoby nic, gdy przed osiągnięciem punku B akapit został usunięty. Zmiany się zerują. Ale to szczególny przypadek, niewart uwagi.

Zmiana jest istotą procesu twórczego, zdanie wielokrotnie wygina się w myśli, a potem wije się dalej na papierze, nim osiągnie pożądany kształt. Tekst zmienia skórę, nabiera życia. Ile razy w tym czasie konwertują się znaczenia? Jak łatwo rozbujać je, wprowadzić w stan wibracji, dać się uwieść temu procesowi… I nigdy już nie wrócimy do punku A.

A potem słuchamy ze zdumieniem o rzeczach, które ktoś znalazł w naszej książce.

Dodaj komentarz

Filed under książki, sztuka pisania