O muzyce

Sporo się od tamtego czasu zmieniło, ale przypominam ten tekst z roku 2007.

Krytyka muzyczna, czyli wielkie bum

Dyskusje o krytyce muzycznej nie pojawiają się u nas zbyt często, choć przecież byłoby o czym porozmawiać. Opublikowany kilka lat temu tekst Elżbiety Szczepańskiej-Lange zaczynał się słowami: „Polska krytyka muzyczna dokonuje powoli swego żywota”. Autorka oczekiwała pojawienia się charyzmatycznej postaci, dysponującej „niezależnością sądu, niezłomnymi kryteriami i odpowiednio wysokim poziomem intelektualnym”, osoby, która przy tym sama wykreuje się w mediach. Dysponujemy grupą świetnych krytyków, ale nie mają oni gdzie pisać – mówiła Szczepańska. Dlatego krytyka „umrzeć nie chce, a żyć nie potrafi”. „Porządkowanie wartości, kryteriów, ustalanie hierarchii w sztuce muzycznej” odbywa się więc na schodach filharmonii, a nie w gazetach i czasopismach.

Minęło trochę czasu. W opublikowanej niedawno rozmowie z Andrzejem Sułkiem („Ruch Muzyczny” 5/2007) Andrzej Chłopecki obwieszcza krytyczny boom, motywując swą zaskakującą opinię tym, że „w ostatnich latach pojawiło się grono wyśmienitych piór”. Mamy więc żałobny tren Szczepańskiej i radosny hymn Chłopeckiego. Co zmieniło się przez parę lat? Czy rzeczywiście jest już tak świetnie? Czy „grono wyśmienitych piór” wystarczy, by krytyka miała się dobrze? Szczepańska twierdzi, że nie, bo krytyków mamy, ale na schodach. Podobnie wypowiada się Chłopecki ubolewając, że nie ma gdzie publikować. Jednak mała liczba czasopism muzycznych, nieobecność tematyki muzycznej w kwartalnikach i miesięcznikach poświęconych kulturze, brak tygodników i gazet, które stać na pogłębioną refleksję o muzyce, to nie jedyny i nie najważniejszy problem. Oprócz pytania „kto” i „gdzie”, trzeba dostrzec jeszcze kwestię „co” i „jak”, a więc zapytać o tematy i formy wypowiedzi. Trzeba się przyjrzeć tekstom krytycznym, które (mimo zapaści czy dzięki boomowi?) powstają i są publikowane, i zapytać: czy to już wszystko, na co stać polską krytykę muzyczną, czy takie są oczekiwania czytającej publiczności? Czy gdyby rozmnożyć dzisiejszą, skąpą z uwagi na brak miejsca, produkcję krytyczną, to bylibyśmy zadowoleni? Co zaproponują krytycy, gdy ze schodów trafią obficie na łamy?

O czym pisać

Polska krytyka muzyczna ma dzisiaj swoje ulubione tematy i tematy zapoznane. Lubi się zajmować pokoleniem 1933 i w ogóle starszymi kompozytorami, lecz unika opisu i oceny młodych. Bez reszty zaprząta ją muzyka polska w przekonaniu, że o obcej napiszą za granicą. Andrzej Chłopecki, zorientowany jak nikt inny w muzyce współczesnej naszych sąsiadów (krajów bałtyckich, Czech, Słowacji), mógłby o niej napisać kilka książek. Z jakichś powodów jednak tego nie robi. Gdybyśmy mogli liczyć na przekłady, nie płakałbym nad brakiem zainteresowania naszych krytyków twórczością obcą. Ale przekłady się nie ukazują, co jest tematem na osobną dyskusję.

Najbardziej boli nieobecność krytycznego rozbioru muzyki młodego pokolenia. Dostrzega się wprawdzie jej istnienie, wymienia pewną grupę nazwisk, ale na tym się niemal kończy. Nie muszę dodawać, że nikt z trzydziestolatków nie doczekał się płyty, że o większości z nich nie powstał poważniejszy artykuł monograficzny. „Glissando”, i chwała mu za to, opublikowało cykl wywiadów z młodymi kompozytorami. „Ruch Muzyczny” i „Muzyka 21” nie zrobiły prawie nic. Krytyka jest kwestią pokoleniową. Jeśli wraz z grupą młodych twórców startuje grupa krytyków, tak jak to było w drugiej połowie lat 70., zainteresowanych lansowaniem swoich rówieśników, to mamy pokolenie stalowowolskie, mamy festiwal MMMM, mamy Nowy Romantyzm. Dziś młodych krytyków muzycznych interesuje co innego, niż popieranie kolegów-kompozytorów. Chcą być bardziej europejscy, muzykę polską traktują jak jedną z wielu, nie pochylając się nad nią szczególnie, wojażują po zachodnioeuropejskich festiwalach, z którymi porównują krajowe i wyciągają wnioski. Poza tym kontestują „akademickie” nurty w muzyce współczesnej i ich dominację na krajowych imprezach muzycznych.

Krytykę interesują raczej wykonania niż same dzieła, raczej wykonawcy niż kompozytorzy, jeśli muzyka sama, to już nie jej liczne konteksty. Krytyka woli opisywać pojedyncze utwory niż tworzyć syntezy twórczości, chętniej kreśli sylwetki osób niż obrazy stylów, kierunków czy portrety muzyki danego kraju. Charakteryzuje ją inercja, łatwizna, brak inwencji. Nie podejmuje rozbudowanych form, zadowalając się publicystyczną drobnicą.

Wydaje się, że pisząc tekst, krytyk zbyt często myśli o kompozytorze lub wykonawcy, jako jego czytelniku. Ta perspektywa dyktuje mu tematy, formy wypowiedzi, styl. Krytycy, należąc do środowiska muzycznego, podświadomie poruszają się w jego obrębie. Tymczasem adresatem tekstu powinien być słuchacz. W tym kontekście podobają mi się publikowane w „Ruchu Muzycznym” i „Glissandzie” artykuły Macieja Jabłońskiego, który podejmuje tematy przekrojowe (współczesna symfonia fińska, młode pokolenie kompozytorów polskich), dokonuje krytycznych syntez (symfonie Lepo Sumery czy Pera Norgarda), wyraźnie ma na celowniku odbiorcę spoza środowiska. Podobnie docenić trzeba obszerne rozważania Michała Mendyka, który portretował Rileya, Radulescu, Eötvösa, Bouleza, z młodych twórców polskich Sławomira Kupczaka, podsumowywał muzykę ostatniej ćwierci XX wieku. Znakomite teksty o spektralizmie, twórczości Ligetiego, Pawła Szymańskiego, Eugeniusza Knapika wyszły spod pióra Jana Topolskiego. Ale to wszystko są raczej wyjątki, niż krytyczna codzienność.

Tematem źle obecnym jest dziś w naszej krytyce awangarda. Odrzucona w latach 70. przez krytyków związanych z pokoleniem stalowowolskim, oskarżona o dehumanizację muzyki, właściwie nie została przez współczesną krytykę zreinterpretowana. Sądów sprzed lat trzydziestu nie zrewidowano, a obowiązująca niechęć do awangardy, mimo odrodzenia zainteresowania nią wśród młodych kompozytorów i słuchaczy, wciąż trwa w wielu środowiskach. Polska krytyka muzyczna zatrzymała się na etapie sprzed 30 lat: odrzuciła awangardę, przyjęła gościnnie Nowy Romantyzm, który rozpanoszył się tymczasem arogancko, i zamilkła. Nie ma krytyki artystycznej bez komentowania nowej twórczości, jej problematyzowania i wartościowania, formułowania postulatów. Ale krytyka powinna też przewartościowywać minione nurty, gdy minął już styl, który je wyparł.

Jeśli się chce, tematy znaleźć można. Podziwu godna jest praca wykonywana przez młody zespół „Glissanda”. W tym piśmie powstają nie tylko teksty na temat, ale całe bloki na temat. Niestety, ten najważniejszy dziś periodyk muzyczny, którego łamom obca jest sieczka bieżących sprawozdań, ukazuje się najrzadziej i ma problemy finansowe.

Czytam w „Tygodniku Powszechnym” rozmowę Ewy Szczecińskiej i Daniela Cichego o ostatniej Warszawskiej Jesieni. Krytycy dyskutują o odrębności polskiej nowej prostoty („Nie znam współczesnej muzyki minimalnych gestów tak napiętej, jak muzyka Polaków” – mówi Ewa Szczecińska); o młodym pokoleniu, które nie akceptuje muzyki zastanej, odwołuje się do twórczości lat 60.; o Rafale Augustynie, Eugeniuszu Knapiku, Aleksandrze Lasoniu, którzy nie prowadzą estetycznego dyskursu, nie sieją fermentu; o Knittlu, Kornowiczu i Krupowiczu, którzy „boją się pokazać prawdziwą twarz” itd. Przecież każda z tych tez to temat na duży esej, na dyskusję. Ale takie teksty nie powstają. Tematy pozostają na schodach, przybierają jak gdyby kształt plotki. Zresztą recenzenci nie szukają skomplikowanych tematów, biegają z koncertu na koncert i piszą sprawozdania. Kilka lat temu wydawało się, że teksty Andrzeja Chłopeckiego „Socrealistyczny Penderecki” i Jana Topolskiego „Love me Pender” wpuszczą świeże powietrze w środowisko muzyczne, ale nic takiego się nie stało.

Kształt wypowiedzi

Brak inwencji tematycznej, to nie jedyny zarzut pod adresem krytyki muzycznej. Drugim musi się stać ubóstwo form wypowiedzi. W naszym życiu muzycznym, z niejasnych powodów, funkcję krytyka sprowadzono do recenzowania bieżącego repertuaru koncertowego. Krytyk pisze recenzje, noty do programów koncertowych i płyt, niekiedy felietony do gazety, czasem weźmie udział w radiowej dyskusji lub napisze esej. Z reguły na sprawozdaniach, relacjach i recenzjach działalność krytyczna się kończy. Nie jest wprawdzie tak, bym całą tę sprawozdawczość czytał z obrzydzeniem. Podziwiam błyskotliwość spostrzeżeń i stylu Doroty Kozińskiej i Jana Topolskiego, drobiazgowość i wnikliwość Krzysztofa Kwiatkowskiego i Daniela Cichego. Czytam więc, choć z rosnącym poczuciem znużenia.

W świecie muzyki współczesnej recenzje powinny być punktem wyjścia. Na ich materiale lub obok nich mogłyby powstawać felietony i eseje, portrety twórców i teksty biograficzne, artykuły przeglądowe i problemowe, syntezy i monografie krytyczne, różne formy popularyzatorskie z silnym elementem edukacyjnym. Nie każdego recenzenta można nazwać krytykiem, a pisanie recenzji to jeszcze nie krytyka artystyczna. Gdy to pojęcie potraktujemy poważniej, okaże się, że krytyków nie mamy tak wielu, może nawet… nie mamy ich wcale?

Krytykę muzyczną pojmuje się wąsko, jako dziennikarskie pokwitowanie zaproszeń na koncerty i gratisowych egzemplarzy płyt. Nie ma tu miejsca na stawianie problemów, kreowanie i opisywanie trendów, podsumowywanie okresów, monograficzne ujmowanie twórczości kompozytorów, nie ma miejsca na książki. Piotr Gruszczyński wydaje książkę o młodych reżyserach teatralnych. Jerzy Sosnowski, Przemysław Czapliński, Krzysztof Uniłowski (i legion innych krytyków literackich) piszą książki o młodych pisarzach. Na gruncie krytyki teatralnej czy literackiej książki krytyczne to normalność. Ale książka o młodych kompozytorach to u nas rzecz nie do pomyślenia. U nas nie powstają książki o kompozytorach starych, a nawet o nieżyjących. Brak nam biografii czy monografii krytycznych o największych twórcach XX wieku. Ale co tam! Brak nam zwykłych zbiorów esejów czy felietonów o muzyce. Czy trzeba być Pociejem, żeby wydać w Polsce wybór szkiców muzycznych?

Trudno tu pewnie obwiniać samych krytyków. To raczej wydawnictwa nie zamawiają książek, nie widzą potrzeby ich wydawania, choć gdyby książki pisano, ktoś by je wreszcie wydał. Od lat nie może się jednak ukazać słownik kompozytorów współczesnych prof. Marka Podhajskiego, a PWM po wielu latach bohatersko dobrnęło do litery S ze swoją encyklopedią muzyczną. Polski inteligent nie wie nic o muzyce włoskiej, francuskiej czy amerykańskiej. Tego, co jeszcze 30 lat temu pisał Bogusław Schaeffer, nikt dziś nie kontynuuje. A przecież jego książki się zestarzały, zresztą nie są wznawiane. Nie wydaje się przekładów. Kolejne pokolenia czytających słuchaczy dojrzewają i trafiają w próżnię. Raz na parę lat ukazuje się jakaś praca krytyczna, krąg ich autorów jest kompromitująco wąski: Pociej, Polony, kto jeszcze? Prace te zresztą nijak się mają do wymienionych wcześniej postulatów, uciekając w filozofię, estetykę i… muzykologię. Krytyk, który staje się muzykologiem, jest dla zwykłych czytelników stracony. Książka o tematyce muzycznej (nie mówię tu o nutach i podręcznikach) znajduje się w Polsce w zapaści nieporównywalnej chyba z żadną inną tematyką. Ogłaszanie w takim stanie boomu jest zwykłą drwiną ze słuchaczy muzyki i czytelników tekstów o niej.

Wyobraźmy sobie (brrr!), że taka sytuacja – jak w krytyce muzycznej – panuje w krytyce literackiej. Że publikuje się niemal wyłącznie recenzje, nie ma eseistyki literackiej, dyskusji, podsumowań, reinterpretacji, monografii krytycznych dotyczących autorów i nurtów, że istnieją trzy czasopisma literackie… Przecież trzeba by wtedy stwierdzić kompletną zapaść. Tymczasem w świecie muzycznym zapaści krytyki nikt nie zauważa. Tekst Szczepańskiej-Lange przeszedł raczej bez echa.

Nierozpoznane wyzwania

Krytyka muzyczna jest niesamodzielna, za dużo zostawia muzykologii. Biografia kompozytora? Niech ją napisze muzykolog. Monografia spektralizmu? To rzecz dla muzykologa, najlepiej profesora, bo młodzi muszą się jeszcze dłuuugo uczyć, zanim dostąpią zaszczytu pisania książek. Tymczasem muzykologia – każdy widzi – jest jedną z najbardziej hermetycznych dyscyplin badających sztukę. Monografie literackie czy poświęcone sztukom wizualnym czytają tysiące zainteresowanych, monografię muzykologiczną czyta siedem osób. Nieustanne oglądanie się na muzykologię, przesuwanie w jej stronę ambitniejszych zadań i poprzestawanie na recenzjach może być świadectwem lenistwa krytyków i redaktorów czasopism. Nie sadzę bowiem, aby mógł to być wynik braku ambicji lub możliwości intelektualnych.

Zadaniem polskiej krytyki muzycznej jest wyciagnięcie nas z prowincjonalizmu. Jeśli polski czytelnik nie może wziąć do ręki napisanej po polsku lub przełożonej na nasz język książki o Andriessenie, Arvo Pärcie, Scelsim, Griseyu czy Ligetim, to staje się Europejczykiem drugiej kategorii. Wystarczy zajrzeć na Amazon, żeby się przekonać, ile książek o muzyce współczesnej, wydanych po angielsku czy francusku, oferuje się zainteresowanym melomanom. Wobec braku jakichkolwiek programów edukacyjnych dotyczących muzyki XX i XXI wieku, wobec nikłości działań popularyzacyjnych, rosną zadania krytyki. Tymczasem nie widać, by miała ona świadomość tych wyzwań. Książek biograficznych i popularnych syntez nie dostarczą nam muzykolodzy, zajęci swymi tajemniczymi problemami. Popularnie mogą pisać biolodzy, psycholodzy czy fizycy, ale nie muzykolodzy. Wprawdzie od jakiegoś czasu dyskutuje się w tym środowisku o konieczności otwarcia muzykologii na świat pozaakademicki, wyjścia z izolacji ku większej użyteczności, ale póki postulaty te nie trafiają do przekonania zbyt wielu muzykologom, liczyć można tylko na krytyków, z tym że oni niestety mają teraz boom. Wielkie bum.

„Odra” 9/2007
W polemice wywołanej tym artykułem udział wzięli: Andrzej Chłopecki („Odra” 9/2007), Ewa Szczecińska i Daniel Cichy (10/2007), Elżbieta Szczepańska-Lange (11/2007) oraz Michał Mendyk i Jan Topolski (12/2007).

Reklamy

One response to “O muzyce

  1. J. Kornowicz

    Dziękuję za ten artykuł, który przeczytałem 6 lat po jego powstaniu. Wszystko jest aktualne, nikt nie śledzi narracji muzycznych, życia idei a nie tylko wykonań utworów. Żyjemy w rzeczywistości muzycznej nieopisanej i nienazwanej, częściowo zmanipulowanej. Piszę w tym samym tonie o tym trochę w najnowszym Ruchu Muzycznym – nr. 19/2013, tyle lat po Panu. A A. Chłopeckiego, który trochę rzeczywistość nazywał już nie ma wśród nas. Raz jeszcze dziękuję i żałuję, że nie mam Pana adresu e-maliowego.
    J. Kornowicz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s