„COVER”

Fragment powieści „Cover”

Fabuła „Covera” przypomina powieść drogi. Pisarz Ignacy Jawaszkiewicz i jego czytelnik Sebastian Hayder, niczym Don Kichot i Sancho Pansa, włóczą się po świecie, aby podbić Europę i odmienić oblicze literatury polskiej. Przeżywają najróżniejsze przygody: deportowani z Niemiec, skaczą w czeski film z lat 70., stamtąd lądują na wielkiej imprezie na warszawskim Stadionie Narodowym, los niesie ich do Wilna, doświadczają dramatycznego epizodu w Tatrach, podróżują do wyroczni w Buenos Aires, gdzie zostają zaskoczeni przez rewolucję. Na swej drodze obaj bohaterowie spotykają piękne i fascynujące kobiety, pośród nich trzy miłości Haydera: bezlitosną Emilię, ciepłą Ugne oraz tajemniczą Anabellę.

Rozdział 4.

Bystry gość z tego Haydera; uważałem, że będą z niego ludzie. Spytał mnie na przykład, czemu swoje pragnienia i dążenia opowiadam w konwencji snu. Dobre pytanie! Ale sytuacja zacieśniała tymczasem uścisk, natężała się i nabzdyczała, aż wreszcie, naparłszy swym opasłym brzuchem, wypchnęła nas obu poza krąg, do którego chciałem aspirować.

Zaczęło się od artykułu w prasie bulwarowej. Napisano o facecie zamienionym w psa, co zjadł mężczyznę, wynajętego do wyprowadzania. Szczątki tego nieszczęśnika odnalazła niemiecka policja w pobliżu obozowiska Cyganów, pies natomiast przepadł. Widziano go rzekomo w jakimś pociągu, dalej ślad się urywał. Potem ceniony francuski reżyser, przebywający w Niemczech na festiwalu filmowym, ujawnił w wywiadzie, że Polacy, którzy pracują w winnicach we Francji, jadają złapane psy, piekąc mięso na ogniskach. Właśnie miał zamiar nakręcić o tym film, czekał tylko na państwową dotację. Na to odezwała się mieszkająca w Monachium serbska krytyczka literacka. W popularnym talk-show, przeboju jednego z niemieckich kanałów rozrywkowych, sportretowała polskiego pisarza, który o zjedzenie psa oskarżył w swej książce Cyganów. Kiedy wyszło na jaw, że w moim, świeżo wydanym po niemiecku zbiorze opowiadań pies zjadł kurczaka z rożna, prasa rzuciła się na mnie. Przez trzy kolejne dni po naszym spotkaniu z Hayderem nie mogłem się ruszyć z hotelu, ba! przynoszono mi do pokoju posiłki, pukając wcześniej umówionym, sekretnym szyfrem. Nie udało mi się nawet skontaktować z Sebastianem i żyłem w strachu, że cała nasza umowa na nic; on wyjedzie albo zapomni i piękne plany się rozsypią. Tymczasem dziennikarze, nie mogąc się do mnie dostać, wpadli we wściekłość i pisali coraz straszniejsze rzeczy, a w swych przerażających historiach co i rusz przytaczali moje nazwisko. Przynoszone mi do śniadania gazety jeżyły włos na głowie. Nikt już nie wiedział, o co chodzi, ale wszyscy byli przekonani, że coś tam z tym psem było. I że winni są Polacy.

Czwartego dnia, wcześnie rano, obudziło mnie natarczywe pukanie całkiem innym kluczem, niż ten umówiony, a właściwie żadnym kluczem; było kompletnie chaotyczne i za chwilę zmieniło się w ordynarne walenie. Za drzwiami ktoś urzędowym tonem wymawiał coś podobnego do mojego nazwiska, jakąś konwulsyjną plątaninę spółgłosek szumiąco-syczących, z której co chwilę, niczym bąbel z wrzącej zupy, wyskakiwało złowieszcze słowo deportacja. Gdy otworzyłem, wywleczono mnie z pokoju na korytarz i pokazano opatrzony pieczęciami papier. Dwaj policjanci znów próbowali przeczytać nazwisko i szło im podobnie jak wszystkim Niemcom: na głoskach szczelinowych przewracali się jak na skórce od banana.
– Jawaszkiewicz, tak, to ja. Ale o co chodzi?
Ucieszyli się, że mówię po niemiecku.
– Mamy nakaz deportacji do Polski. – Machali urzędowym papierem.
– Ja jestem na stypendium twórczym – tłumaczyłem. – Zaproszono mnie do tego kraju.

Dowód, chcieli zobaczyć dowód tożsamości. Znalazłem go, popatrzyli, oddali, wręczyli papier. Zanim zdążyłem przeczytać, co tam nabazgrano, znalazłem się na dole w holu, gdzie czekało już kilku innych Polaków, między nimi Hayder. Pilnowało nas czterech uzbrojonych ludzi z jednostki specjalnej: obwieszone sprzętem czarne mundury, kamizelki kuloodporne, kominiarki. Rodacy znali już sytuację, rozpoznali też mnie i na moją głowę posypały się gromy za rzekomy wpływ na zagęszczenie atmosfery wokół obywateli polskich przebywających w Niemczech. Mój pies – uważano – był kroplą w morzu, która przeważyła szalę. No ładnie – pomyślałem. Taki Houellebecq do Polski przyjeżdża z realnym, żywym psem, całkiem zresztą niewyraźnym, a mnie tu nie darowano nawet tego psa fikcyjnego, tej kulawej, czworonożnej bidy z nędzą. Takie są pożytki z odrzucenia realności.

Co z nami będzie? Podczas oczekiwania w holu to pytanie przewijało się pośród rosnącego w liczbę polskiego tłumku, kiedy co chwilę wywoływano poszczególne osoby i odprowadzano gdzieś do pokoju przesłuchań przy wtórze posępnych westchnień zebranych. Niektórzy wracali, inni nie. Zapamiętałem młodą kobietę, uroczą Fräulein Sobieski, która w chwili gdy ją wywołano, szerokim uśmiechem objawiła zadowolenie, lecz nie powróciła już między nas. Z pewnością bym ją zauważył. Co z nami będzie? – pytał jeden Polak drugiego, jedna Polka inną. I nikt nie był pewien. Deportacja! Ale jak? Przecież ludzie tu pracują, są na stypendiach, studiują, albo tak jak ja rozsławiają literaturę polską. I co teraz? Do domu, do kraju? Jakże to tak? Zamieszani w śmierć psa! Podobno wiadomość dotarła już do Polski i na prośbę samego premiera miała w naszej sprawie interweniować pani kanclerz, ale chyba nie była to prawda, bo w pewnej chwili polecono nam się ubrać i uformować kolumnę. Po bokach stanęli mundurowi i razem ruszyliśmy wzdłuż Invalidenstrasse.

I tak zostałem wydalony z owego pięknego kraju, kraju Goethego i Grassa, gdzie cytryna to może i nie dojrzewa, ale gdzie stypendia literackie zafundowano takim pisarzom, jak Gombrowicz i Kuczok, z tego kraju owczarków niemieckich i dogów, solidnych niemieckich samochodów i piosenek ludowych. Zostałem usunięty bez prawa do obrony, wygnany do odwołania, a ze mną Sebastian Hayder i cała kolumna rodaków naszych, pędzona pod kolbami na Berlin Hauptbahnhof, drugi co do wielkości, po lipskim, dworzec w Europie. Tak, Europa! To ona, rękami policjantów w czarnych uniformach, pozbywała się naszej diaspory, odrzucała jej kulturowy wkład we własny rozwój i potencjał.
– Czemu podkreślasz naszą krzywdę, polską poniewierkę, rany nasze i cierpienia? – pytał Hayder, z rozwianym włosem pędzony tuż obok mnie.
– Nie wiesz? Bo taki już jest polski los. Chcę być w zgodzie z naszą wielką narracją, przynajmniej w tym miejscu. Polak to ofiara, Niemiec – napastnik. To zgodne ze schematem rozkładu ról. Tak piszą krytycy, najwięksi krytycy. Poza tym, dlaczego nie miałbym wołać, że nami poniewierają, skoro poniewierają, jak nie krzyczeć, że ciemiężą, skoro rzeczywiście to robią?
– A rzeczywistość, która rzekomo daleko już za nami została, nagle objawia się tuż obok i to tylko po to, żeby zadość uczynić mityzacyjnemu schematowi? – bełkotał.

Coś dalej jeszcze prawił, alem nie dosłyszał, bo czy to z obawy przed tym, że się namawiamy, czy z innych względów, rozdzielono nas i do samego dworca drogę odbywaliśmy osobno. Dopiero w pociągu pozwolono usiąść wedle upodobania, z czego z Hayderem skwapliwie skorzystaliśmy, dekując się w tym samym przedziale.

Namyślałem się głęboko, czy by nie uciec z transportu, nie urwać się eskorcie, lecz pojęliśmy wkrótce złudność podobnych nadziei. Na obu końcach korytarza stali tajniacy w skórzanych płaszczach i brązowych kapelusikach, a przez megafon zapowiedziano w dwóch językach, że do samej granicy polskiej nie wolno nam opuszczać pociągu. Oprócz uroczej Fräulein Sobieski i kilku innych osób, które nie powróciły z przesłuchań, wygarnięto wszystkich, nawet tych z paszportami konsularnymi i tych z paszportami „Polityki”. Nie pomogło nic, nawet udokumentowana narodowość śląska. Wyrzucono nas, nie patrząc na to, co kto wyssał z mlekiem matki. Ogłoszono przy tym, że zakaz przekraczania granicy niemieckiej obowiązuje do czasu ustabilizowania się sytuacji. Ale kiedy to ma nastąpić, któż mógł wiedzieć?

Ponieważ mamy trochę czasu, bo do granicy jeszcze godzina jazdy, opowiem, jak to było w tym pociągu. W ogóle lubię opowiadać o pociągach, gdzie zawsze się zdarzy jakaś sytuacja. Minęliśmy więc Schönefeld, Wurstenhausen, Schwarzwalde, Grünewalde, Weisebrucke, Blankenfelde, Neuendorf, Altenberg, Mixdorf, a ja, otępiały i złamany, siedziałem zapatrzony w siwy krajobraz za oknem. Czy to się nigdy nie uda? Czy przed literaturą polską nie ma już perspektyw? Jak łatwo jednym urzędniczym dekretem przekreślić tyle dobrej woli: zaangażowanie anioła, a więc i samej transcendencji, wysiłek nieocenionej Fundacji, której tą drogą składam raz jeszcze gorące podziękowanie za zaproszenie mnie na to wspaniałe, tak brutalnie przerwane stypendium, wreszcie sprzyjającą rolę Sebastiana Haydera.

Krytycy piszą, że w przedziale bywam najeżony, źle reaguję na współpasażerów, ich nachalne jedzące albo rozmawiające przez komórkę istnienie, to znaczy nie ja, tylko moje alter ego. Tym razem było inaczej. Hayder przeglądał prasę, którą nam dostarczono w geście ostatniej posługi, czytał „Berliner Zeitung”, „FAZ” i „Bilda”, a wszędzie to samo: Polen ausgewiesen! Repatriierung. Polen deportiert! Zaś alter ego gniło przy oknie, wciąż w szoku, z którego nie potrafiło się otrząsnąć. Przez głośniki zabzyczało zaproszenie do wagonu restauracyjnego na polnische Suppe, przeczytane przymilnym głosem kolejowej barmanki, ale bez odrobiny wczucia się czy zrozumienia już nie tylko naszej sytuacji, lecz sytuacji w ogóle. Nie idziemy – zdecydowaliśmy. Niech się udławią!

Aż tu gdzieś już nad samą granicą zachodzi do przedziału i przedstawia się trzech Polaków, towarzyszy niedoli. Zrazu sprawiają na mnie wrażenie trójki murarskiej, łby nisko niesione, ale z godnością, łapy sękate, silne. Potem podobnymi do inspekcji robotniczo-chłopskiej, słynnej irchy, mi się wydają, bo czujne ich chrapy rozwarte. No ale oni do tego coś mówią. A co takiego? Posłuchajmy. Oto samorzutny, demokratyczny wiec obywatelski polskiej nacji, w wagonie restauracyjnym zawiązany, powołał w owym wagonie Stowarzyszenie Wypędzonych. Nie było nas przy tym, tak tedy postanowiono poselstwo pchnąć do naszego przedziału, aby nas, nieprzytomnych rzeczonego wydarzenia, o nim uwiadomić.

Bardzo nam miło – mówię – oddolnie wybranych posłów w naszych skromnych progach gościć, chcielibyśmy jednak wiedzieć, czemu ową wizytę zawdzięczamy. Oni na to, że przy polskiej zupie, niemiecką ręką zgotowanej, obywatelstwo uradziło, iż memoriał w mojej sprawie wypichci, co też uczyniono, a im trzem poruczono rzeczony list dostarczyć i w mojej obecności odczytać. Zaczęło się więc dukanie, z którego wymniemałem, że mimo wielkiej mojej winy, wiec oraz wyłonione Stowarzyszenie puszczają w niepamięć wszystkie niegodne czyny obywatela Jawaszkiewicza Ignacego, do nieszczęsnego wydalenia polskiej wspólnoty z terenów Bundesrepubliki prowadzące, co niniejszym potwierdza podpis obecnego tu prezesa Stowarzyszenia Wypędzonych, magistra Polańskiego. Tu skłonił się środkowy z nich, łysinę objawiając.

Wielka złość we mnie rosła podczas czytania owej rezolucji i ledwo się powstrzymywałem, by nie przerwać im protestem jakim przeciw sądom skorupkowym, niemającym ani prawnego umocowania, ani też mandatu moralnego. Zdzierżyłem jednak i dopiero gdy zamilkł ów herold czy sekretarz, mówić zacząłem.
– A ty co, „Potop” piszesz czyś się w pamiętniki Jana Chryzostoma zagapił? – skomentował złośliwie Sebastian Hayder, co mnie wprowadziło we wściekłość właściwą sytuacjom podróżnym, które tak przenikliwie zbadali krytycy.
– Daj mi łaskawie odpowiedzieć tym tu Polakom – wycedziłem z furią. – Potem znajdziesz czas na metaliterackie wtręty, dobrze?

I zwracając się do delegacji, rzekłem:
– Panowie trudzili się zupełnie bezprzedmiotowo. Nie są mi bowiem znane żadne przestępstwa czy zbrodnie, które by obligowały wasze towarzystwo do zajmowania się moją skromną osobą, czynami moimi, a zwłaszcza moją twórczością literacką. Ja, podobnie jak panowie, ucierpiałem na tej całej aferze, dalszego pobytu na lukratywnym stypendium pozbawiony i nieuwiadomiony nawet, czy mi tę bytność kiedy dokończyć przyjdzie. Ten tu kompan mój – na Haydera wskazałem – także uszczerbek poniósł. Nie mówmy więcej o tem i rozstańmy się w pokoju.

A tamci nie, gdzie tam! Dawaj po mnie skakać i dowodzić, że wiec o mało co pod trybunał mnie nie oddał i powinienem być wdzięczny przywódcom frakcji umiarkowanej za sprytne wymanewrowanie rezolucji ku złotemu środkowi, dzięki czemu i wilk syty i owca spokojnie się pasie. Nie miałem ja najmniejszej ochoty pełnić tu roli owcy, lecz w tym momencie wpadł do naszego przedziału jeszcze jeden współziomek z krwawą wiadomością, że stała się rzecz straszna. Nową ofiarę znalazło sobie owo monstrum, za śmierć człowieka odpowiedzialne, i to nie gdzie indziej, jak w naszym pociągu. Szczątki konduktora, które odnaleziono, wskazywały ten sam rodzaj morderstwa. Zęby, kły straszliwe, ślady swe pozostawiły.
– Dalej tym pociągiem nie pojadę. Trzeba mi się wymiksować – szepnąłem Hayderowi, upewniwszy się, że minęliśmy już granicę i tajniacy na krańcach korytarza zniknęli. – A i tobie radzę się pospieszyć.
Skład zwalniał właśnie przed nieznaną stacją. Pod osłoną nocy umkniemy pogoni – pomyślałem.

(2012)

One response to “„COVER”

  1. Wreszcie ktoś, kto potrafi tworzyć dialogi! 🙂 Miło się czytało, postaram się zaglądać. Zapraszam również do siebie – http://emaginacja.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s